środa, 3 lutego 2010

stan na styczeń 2010


Szlag by... Urywam, dusząc resztę w zarodku. Wydłubuję z wnętrza dłoni okruch szkła, barykaduję sobą dostęp do rozlanego mleka i sprawdzam kątem oka, czy Pisklę zdążyło wdepnąć. Tym razem nie. Reszta szkła ląduje z brzękiem w koszu, dołączając do rozsypanej soli, stłuczonego kieliszka do czerwonego wina i salaterki z najlepszej zastawy.
Spoglądam smętnie na te owoce mojego roztargnienia. Mam nadzieję, że wyczerpałam już limit zniszczeń. Nigdy nie miałam tendencji do tłuczenia i upuszczania, teraz jednak nadrabiam za wszystkie czasy.
Na fajerce bulgocze zupa. Zestawiam. Zaczepiam. Zawartość ląduje na kuchni. W tym momencie schodzi ze mnie powietrze, jak z przekłutego balonika. Siadam na podłodze i pozwalam płynąć łzom. Płyną i płyną, zupełnie nieproporcjonalnie do rangi szkód.
Oczywiście to najlepszy moment na niespodziewanego gościa. Alarm dzwonka podrywa mnie na równe nogi. Ocieram łzy pospiesznie; jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że płaczę nad rozlaną zupą.
Sąsiadka przysiada na brzegu krzesełka, jednym rzutem oka ogarniając sytuację.
- Kawki się napijesz? Mam cieplutką szarlotkę? - proponuję
- Nie, wiesz, mam pod opieką siostrzenicę, bo ferie i do mojej Oli przyjechała... Wpadnij Ty do nas z Pisklęciem, to się pobawią - nawet się nie rozbiera, kręcąc się jak na szpilkach w obawie, że dzieciaki rozniosą dom podczas jej nieobecności.
- Wiesz co.. to zróbmy inaczej: weź moje Pisklę na chwilę, ja coś załatwię i przyjdę do Ciebie - proszę i widząc aprobatę opatulam pospiesznie synka. Wypycham ich delikatnie za drzwi, nakładając pospiesznie płaszcz i buty.
Wychodzę. Muszę się przejść, przewietrzyć. Mam wrażenie, że ściany kuchni zbliżają się ku sobie i za chwilę zakleszczą mnie w środku. Zostawiam drzwi nie zamknięte, byle szybciej. Idę energicznie, coraz szybciej. Zaczynam biec.
Nie mam kondycji. Szybko łapię zadyszkę. Trzeba koniecznie coś z tym zrobić, inaczej moje ukochane góry będę podziwiać z Krupówek albo spacerniaka na Gubałówce. Przechodzę do marszu. Przypominam sobie o ławeczce.
Mój jesienny znajomy już tam nie bywa. Pojawił się nagle, niczym duch i tak samo niespodziewanie znikł. Może był potrzebny w tamtym czasie. Może był posłańcem. Nie rozważam teraz czy dobrym, czy złym. Czas pokaże. Tęsknię za rozmową z nim, ale wiem, że jego czas już się skończył. Wykonał swoje zadanie. Może wróci w innej postaci; w innej roli. Nie wiem. Nie przywołuję go, nie niepokoję. Tę wąziutką ścieżynkę, która rysuje się przede mną i tak muszę przejść samotnie.
Ławeczka jednak nie jest pusta. Na brzegu przysiadła skulona, kobieca postać. Waham się przez chwilkę lecz przysiadam, doświadczając czegoś na kształt deja vu - tyle że z zamianą ról.
Nie przerywam milczenia, nie zagaduję. Uśmiecham się jedynie przyjaźnie. Oczekiwanie nie trwa długo.
- Mogę o coś zapytać? Osobiste pytanie to będzie... - słyszę jej cichy, zmęczony, wyprany z emocji głos.
- Słucham - odpowiadam najcieplej, jak umiem. Zapada jednak znów cisza... Dodaję:
- Niech pani zacznie od początku, mam czas.
- Od jakiego początku? Mam opowiedzieć całą historię?
- Jeśli ma pani taką potrzebę, to dlaczego nie?
- Chodzi o mojego męża, o małżeństwo - zaczyna, próbując uporządkować kłębiące się myśli - pobraliśmy się ... nie wiem... wtedy myślałam, że z miłości. A teraz myślę, że ze strachu.
- Ze strachu? Przed czym?
- Przed samotnością, przed tym, że już nikt inny się nie trafi... Niech mnie pani nie ocenia źle od razu... Mieliśmy swoje lata, bardzo podobną przeszłość, wiele wspólnych płaszczyzn porozumienia.. Takie same wartości, gust, lubiliśmy się... Zresztą, wtedy wydawało mi się, że go kocham. A i on mnie wiele razy o tym zapewniał...
- Nie oceniam, proszę się nie obawiać. Po prostu chcę być pewna, że dobrze rozumiem.. Niech pani mówi dalej...
- Na początku wszystko układało się idealnie. Ślub wzięliśmy skromniutki i cichy, w sumie ze 12 osób było. Wynajmowaliśmy kawalerkę, ale udało nam się kupić maleńki, stary domek do remontu, właściwie pokój z kuchnią, bez łazienki, bez ogrzewania, bez ciepłej wody... Przeprowadziliśmy się tam zaraz po ślubie, śpiąc na materacu na kawałku wyszorowanej podłogi... To był dobry czas...
- A przed ślubem? Mieszkaliście razem? W tej kawalerce?
- Tak, ale tylko pół roku. Również ze względów finansowych, straszną biedę klepałam wtedy. Ale nie spaliśmy ze sobą.. Wie pani, ja tak byłam wychowana i on też. Gentelman taki mi się wydawał. Ja spałam na narożniku, a on na materacu. Później kupiliśmy polówkę...
Zamyśla się. Nie ponaglam. Zresztą sama wkróce podejmuje:
- Wie pani... Już wtedy zdarzały się takie sytuacje, które mnie niepokoiły. Ale brałam wszystko za dobrą monetę. Na przykład długi czas na półce stało zdjęcie jakiejś kobiety. Trochę się bałam o nią pytać, ale w końcu doszłam do wniosku, że skoro jesteśmy razem, to czemu nie? I kiedyś, wycierając kurze, zapytałam. Powiedział, że ją kochał, ale ona się nim zabawiła. I zostawiła. Zabrał mi wtedy to zdjęcie i położył płasko, wysoko na szafie. Gdybym wiedziała wtedy, że ona nam będzie towarzyszyć przez cały czas...
Kiwam głową, potwierdzając, ze słucham uważnie. Ona kontynuuje:
- Dziwiło mnie wtedy, że nie ma w nim nic z romantyzmu.. z takiego pożądania kobiety.. Był ciepły, czuły, ale tak bardziej jak dobry znajomy, przyjaciel może... Pytałam go dziesiątki razy, czy on mnie kocha, oczywiście zawsze twierdził, że tak... Tylko że nie umie okazywać emocji, bo tak był wychowany, bo taki już jest... A ja tak chciałam w to wierzyć...
Przerywa. Po jej policzkach spływa kilka cichych łez. Ociera je wierzchem rękawiczki, zbiera się w sobie. Szukam po kieszeniach chusteczek, podaję.
- Myślałam, że potrafię to zmienić.. wie pani, że wszystko się ułoży.. że się kochamy przecież... że on taki dobry, porządny.. posprząta, upierze, ugotuje.. po pracy prosto do domu, żadnych piwek z koleżkami... Później, jak się przeprowadziliśmy do własnego domu też było nieźle. Mieliśmy tyle energii i zapału.. Wie pani, jak to na swoim. Nie przeszkadzało, że trzeba myć najpierw jedną nogę, a później dopiero drugą w małej misce na taborecie, stawianej na środku kuchni. Powolutku się urządzaliśmy, żadnych tarć, żadnych rozbieżności.. podobały nam się te same tapety, ten sam obrus, takie same filiżanki... Ja tylko byłam trochę zdziwiona, że w noc poślubną wyciągnął mnie na długi spacer po górach, a później był już tak zmęczony, że zasnął, nim się wykąpałam... No i później, kolejne noce też nie były takie, jak to między młodymi... On podejmował jakieś próby, ja pomagałam jak umiałam, starałam się, wie pani... Ale tak się czułam nie bardzo. Zaczęłam myśleć, że to pewnie moja wina. Że nie działam na niego tak, jak trzeba. Oglądałam się w lustrze, kupowałam fajną bieliznę, perfumy.. I nic. I nic... Starałam się nie zniechęcać, ale trochę mnie kompleksy zżerały już. A później na domiar złego przyplątało mu się jakieś zapalenie, niby się leczył, ale mijały tygodnie, miesiące... Lata w końcu. A ja odpuściłam. Pomyślałam, że skoro mu ślubowałam "na dobre i złe", to widać jego impotencja jest tym złym... Lekarze dawali spore szanse na wyleczenie, ale on jakoś się do leczenia nie rwał. Ja nie chciałam zbyt mocno naciskać, to w końcu drażliwy temat dla mężczyzny...
Minęło kilka lat i pomyśleliśmy, że czas postarać się o adopcję. In vitro było dla nas nie do przyjęcia. No i tak zrobiliśmy. Cała procedura trwała prawie dwa lata. Poszło by szybciej, ale trzeba było rozbudować dom, bo ośrodek wymagał, by dziecko miało swój pokój. A i sami chcieliśmy pokończyć wszystko, zanim Brzdąc się pojawi, żeby móc się nim w pełni zająć, a nie koczować na budowie.
No i trzy lata temu się doczekaliśmy. Chłopczyk miał dość obciążony wywiad okołoporodowy i nie było do końca wiadomo, jak się dalej będzie rozwijał, ale od pierwszego spojrzenia wiedzieliśmy, że czekaliśmy na niego. Złapał męża za palec i uśmiechnął się bezzębnymi dziąsłami. No i był nasz.
- Ale pomijając fakt impotencji męża okazywaliście sobie chyba czułość? Jest tyle sposobów, by wyrazić miłość? Rozumie pani, o co mi chodzi? Gesty, pocałunki, przelotne muśnięcie, uśmiech, przytulenie, pieszczoty...
- Właśnie w tym sęk, że nie...
- Jak to? - pytam - w ogóle? Nic, nic?
- Jeden buziak w policzek rano, jeden przy powrocie z pracy i jeden na dobranoc...
Milkniemy obie. Próbuję sobie wyobrazić dziesięć lat takiego życia. Patrzę na nią dyskretnie. Siedzi ze spuszczoną głową, zgaszona, bez chęci do życia. Przerywam ciszę:
- Nie próbowała pani z nim o tym rozmawiać? Przecież to dziwne...
- Na początku próbowałam. Później przestałam, bo się denerwował. Zresztą ja też odpuściłam. Ile razy można wychodzić z inicjatywą i dostawać "kosza"? To takie upokarzające...
- Rozumiem...
- Wie pani... miałam kosmiczne kompleksy. Czułam się odrzucona, nic nie warta, jako kobieta. Było mi trudno zrezygnować z biologicznego macierzyństwa. Wśród sąsiadów i najbliższej nawet rodziny uważano, ze problem z płodnością leży po mojej stronie. Jakoś pierwsze skojarzenie wszystkich poszło w tę stronę, że "wina" leży po stronie kobiety. Niby nikt nie mówił tego głośno, ale dochodziły mnie na ten temat słuchy. Jaki to mąż jest dobry, że ze mną jest... Bo przecież mógłby sobie znaleźć jakąś inną. Czy to takie rzadkie?
- Nie prostowała pani tego? Nie próbowała tłumaczyć? Nawet rodzinie?
- Nie. Nie chciałam, żeby to jakoś wpłynęło na relacje między moją rodziną a mężem. Wśród znajomych też nic nie mówiłam. Wydawało mi się, że to nie byłoby lojalne. Mam kilkoro przyjaciół, którzy wiedzą, jak jest naprawdę. Kiedy było mi naprawdę ciężko, miałam się komu "wygadać"...
- Ciężkie takie życie... - zamyślam się.
- A wie pani, jak się pojawiło dziecko, to na nim się skoncentrowałam i jakoś leciało...
- No tak.. A co się stało teraz? Bo chyba coś musiało się stać?
- Widzi pani... w lipcu okazało się, że mąż ma romans. Internetowy co prawda. Ale czy to mniej boli? Znalazł jakąś miłość z podstawówki na Naszej-Klasie i klikali sobie coraz namiętniej.. Banał, nie?
- Próbowała pani rozmawiać? Stawiać jakieś warunki? Co on na to?
- A szkoda słów.. Odchodził, wracał, zmieniał decyzję dziesięć razy. Przespał się z nią i myślałam, że wróci, że ona go nie zechce.. bo ta impotencja..
- No i ?
- No i okazało się, że impotencja to i owszem. Jest. Ale tylko wobec mnie.
- To znaczy, że jak był z nią, to wszystko "zadziałało"?
- Owszem. Przynajmiej tak mi oznajmił.
- I tyle lat tego nie wiedział? Był pani wierny?
- Nie wiem... tak mówi. Ale przez ten czas tyle razy skłamał, że już nic nie wiem...
- Nie bardzo rozumiem... Skąd takie zahamowanie wobec pani?
- Powiedział, że ożenił się ze mną "w zastępstwie" - tamta dała mu kosza, a ja byłam "namiastką". Podobno nie uświadamiał sobie tego wtedy, dopiero jak zaczął chodzić do psychologa, to ten mu to uświadomił. Ale bał się mi to powiedzieć. A im więcej mijało czasu, tym było trudniej. A jak adoptowaliśmy synka, to już w ogóle..
- No tak. I co? Zerwał z nią? Określił się jakoś?
- Widzi pani, on często zmieniał decyzję i dla mnie ta huśtawka była straszna. W końcu powiedzial, że chce być sam. W październiku wynajął mieszkanie i się wyprowadził. Ona w międzyczasie zaczęła się zachowywać dziwnie. Jak ktoś, kto ma poważne problemy z psychiką.. Nie mówię tego, jako zazdrosna żona. Naprawdę dziwnie. Więc on siedział tam, w tym mieszkaniu, a do nas przyjeżdżał w weekendy. Do końca grudnia miał się określić, czy wraca, czy nie. Przeciągnął ten termin, ale w końcu wrócił.
- A pani cierpliwie czekała cały ten czas?
- Nie chciałam robić niczego pospiesznie. W nerwach. Ale to bardzo ciężki czas był...
- Domyślam się... I jak się wam układa po jego powrocie?
- Wie pani.. wrócił jakby nigdy nic. Ale powiedziałam, że ja już nie chcę tak żyć. I albo coś się zmieni w naszych relacjach, albo trzeba to skończyć..
- Ale przecież on nagle nie zacznie w pani widzieć atrakcyjnej dla niego kobiety.. skoro przez tyle lat się to nie udawało...
- Wiem, teraz już wiem. Sęk w tym, że mogłam z nim być i trwać, kiedy miałam świadomość, że jest chory, że ta impotencja... Ale teraz, kiedy okazało się, że to bzdura... Wszystko wygląda inaczej. A on dalej nie potrafi mnie nawet przytulić, kiedy płaczę.
- Zdecydowaliście coś? Czy próbujecie to zamieść pod dywan i udawać, że wszystko jest ok?
- Najpierw chciałam spróbować.. Wydawało mi się, że może są jakieś szanse.. Ale on nie robił nic. Tak, jakby jego powrót do domu wyczerpał wszystkie jego siły i załatwiał wszystko... Niedawno powiedziałam, że w takim razie uważam, że lepiej będzie się rozstać...
- I co on na to?
- Powiedział... - milknie.
- Co powiedział? - dopytuję
- Powiedział, że się ... dostosuje.
- A o co chciała mnie pani zapytać na początku? - pytam. Wyciąga pomiętą kartkę papieru.
- Zerknie pani na to? Czy to się trzyma kupy?
- Co to?
- Pozew rozwodowy.






poniedziałek, 25 stycznia 2010

na granicy światów


Jeden z moich bliskich znajomych, po długiej i ciężkiej chorobie trafił do hospicjum. Nie mogę spędzać z nim tyle czasu, ile bym chciała, ale staram się zaglądać, tym bardziej, że mamy świadomość, że każda wizyta może być ostatnią.


Hospicjum [od łac. "hospes" - gość; "hospitium" - dom, w którym można znaleźć schronienie], które odwiedzam ma 26 łóżek. To wydaje się nie tak wiele. Ale już fakt, że przewija się przez te 26 łóżek około 430 do 480 osób rocznie robi jakieś wrażenie. Szczególnie, jeśli się pomyśli, że wszyscy idą w jednym kierunku...

Wszyscy chorzy to ofiary nowotworów. Opiekuje się nimi 56 osób. W tym 25 wolontariuszy. Pierwsza myśl - jak dużo osób opiekuje się garstką. Ale to proporcjonalne do potrzeb kompleksowej opieki. Objawy choroby, ból fizyczny i psychiczny, lęk, duszności, rany, krwotoki, odleżyny, brak możliwości samodzielnego zaspokajania potrzeb biologicznych. Codzienne ocieranie się o śmierć.

Pierwszy raz próg hospicjum przekraczałam z obawą. Podświadomie spodziewałam się chyba czegoś na kształt przedsionka piekieł. Przy takim skondensowaniu cierpienia i to cierpienia bez nadziei na ozdrowienie wyobrażałam sobie najgorsze.

Rzeczywiście, nie jest tak, że zawsze udaje się dotrzeć do człowieka. Okazuje się, że ból fizyczny to bardzo wąski margines - medycyna potrafi sobie z nim poradzić w ponad 90%. Znacznie trudniejsze jest "oswajanie" innych wymiarów bólu: duchowego i emocjonalnego. Boli, że trzeba zostawić najbliższych, że plany i przedsięwzięcia nie zrealizowane, że tyle lat pracuje się na emeryturę, a tu w pierwszym jej roku trzeba odejść... Każdy ma swoją historię... Różne relacje rodzinne, odniesień do Boga, drugiego człowieka, siebie samego wreszcie...

Sąsiad z łóżka obok mówi, że nie trzeba legalizować eutanazji, by ona miała się dobrze. Tyle, że w białych rękawiczkach: istnieją jednostki chorobowe, w których terapii się nie prowadzi po przekroczeniu 55 roku życia. W niektórych nawet 50 roku. No bo jaki jest sens, kiedy człowiek jest nieproduktywny, nieprzydatny społeczeństwu, a na jedną serię terapii trzeba wydać 80 tysięcy? Nie ma sensu, prawda? To nieekonomiczne. Nie opłaca się.

W sumie, jak się zastanowić, to nawet do eutanazji nijak się to nie ma. W końcu nie jest to ani skrócenie życia w celu wyeliminowania cierpienia, ani bezbolesne skrócenie życia. To po prostu pozostawienie człowieka samemu sobie, na pewną śmierć. A agonia może być długa i koszmarnie bolesna.

Miał znajomych w dobrych szpitalach, układy, przyjaciół, którzy umieszczali go w najlepszych klinikach. Wszędzie czuł się, jak intruz, który zajmuje łóżko. Czuł to w podejściu lekarzy, w spojrzeniach pielęgniarek. Hospicjum bał się panicznie. Ale w końcu przyszedł tu i czuje się, jak w domu. Każdy ma dla niego czas. Jest ważny. Przychodzą wolontariusze, o każdej porze może przyjść rodzina. I nie są intruzami. Śmierci się nie boi. Jest na nią przygotowany. Martwi się o żonę - tyle lat razem przeżyli.. Martwi się o dzieci. Ma poczucie winy, bo ich zostawia, a był żywicielem rodziny...

Inny pacjent zazdrości mu. Doskwiera mu samotność. Mówi, że widocznie całe jego życie było bez sensu, skoro w chwili śmierci nikogo przy nim nie ma. Nikomu nie jest potrzebny.

Na korytarzu ruch. Okazuje się, że ktoś umiera. Są przy nim bliscy. Od kilku tygodni żył chyba tylko siłą woli, niejako "na kredyt" - chciał dożyć swoich urodzin. Były wczoraj. Rodzina przyniosła tort, zjadł ciut, podzielił się ze wszystkimi. Podziękował wszystkim za opiekę i serce. Dziś umiera. Wola życia lub jej brak są ogromną siłą.

Bardzo wyraźnie widać, jak potrzebna jest obecność. Pierwsze, czego uczy się wolontariusz, to aktywne słuchanie. Chorzy mówią często niewyraźnie, nieskładnie, powoli. Ale nikt nie patrzy na zegarek i nie mówi, ile rzeczy jeszcze musi dziś koniecznie załatwić.

Pytam, z jakich środków utrzymuje się hospicjum [prowadzą je orioniści]. Ma podpisaną umowę z NFZ, jednak środki są - delikatnie mówiąc - niewystarczające. Pomagają instytucje, rodziny chorych, dyrektor jeździ po parafiach, opowiadając o hospicjum i zbierając datki.

Czas spędzony tu to dobre chwile. W czasach, kiedy śmierć pokazuje się groteskowo lub dramatycznie, a prawie w ogóle nie mówi o zwykłym umieraniu, które przecież dotyczy ogromnej większości ludzi, naszych bliskich, nas samych w końcu, to niesamowite przeżycie. Tym sposobem śmierć uczy życia.

czwartek, 21 stycznia 2010

z zupełnie innej parafii


czyli o wpływie władzy na ludzi


Zmotywowała mnie do popełnienia tego wpisu dyskusja w Kawiarni Smoothoperatora nt. Państwa antyobywatelskiego. Miał to być komentarz.. ale przesadziłam z długością;)

W katolickich zakonach i stowarzyszeniach życia duchownego funkcjonuje pojęcie "łaski stanu". Brzmi może nieco staroświecko, niemniej zawiera w sobie piękną prawdę, że każdy człowiek może liczyć na to, że Duch Święty prowadzi go i udziela mu światła i wszelkiej mądrości potrzebnej do wykonywania jego obowiązków. Twierdzenie to jest przywoływane często, kiedy kandydat/ka na jakiś urząd ma opory przed przyjęciem go.

Doświadczenie zresztą pokazało, że najlepszymi matkami generalnymi, przełożonymi, itp. były te osoby, które w ogóle nie spodziewały się wyboru, nie dążyły do niego w żaden sposób, upatrując w stanowisku nie władzę, karierę i zaszczyt, lecz ciężką służbę, konieczność wyrzeczeń, lawirowania między oczekiwaniami a możliwościami.

Tymczasem patrząc na naszych rządzących [w szerokim znaczeniu] mam wrażenie nieco inne - mianowicie takie, że do "stołka" przywiązana jest głupota i pazerność. I jeszcze parę innych mało sympatycznych cech. Wszystko jedno, kto na tym stołku siada; jakiej orientacji politycznej i po jakich przodkach. Coś mu się prędzej czy później "przestawia" i cała różnica polega na tym, że jeden jest sprytniejszy, a drugi mniej ostrożny. Jakby każdy [przepraszam za zbytnie generalizowanie - większość powiedzmy] upatrywał swój ideał w Zenonie Ziębiewiczu z "Granicy" pani Nałkowskiej... No i oczywiście różne są gabaryty przekrętów - na miarę możliwości danego stanowiska.

Więc co? Nie ma ludzi uczciwych? Czy też polityka ma to do siebie, że przyciąga określony gatunek ludzi? Sądząc po sposobie prowadzenia kampanii wyborczych można chyba wysnuć wniosek, że kandydat obrzucający drugiego błotem i nie cofający się przed niczym, jeśli w ogóle się zmieni po osiągnięciu upragnionego stanowiska, to będzie to zmiana na gorsze?

A może jeszcze inaczej; może po prostu okazja czyni złodzieja? Koniec końców nie sztuka być uczciwym, jak nie ma co albo jak ukraść... Wielkie możliwości, wielkie pieniądze, wielkie interesy są olbrzymią pokusą, której człowiek dobry ale słaby nie będzie umiał się oprzeć, a co dopiero taki, który z nadzieją na nie stara się do władzy dostać...

piątek, 15 stycznia 2010

pozory


- Puk, puk... Co robisz?
- Blokuję numer jednej pani na gg
- Mam nadzieję, że nie mój - żartuję
- Jeszcze nie - odpowiada, wpasowując się - takiej kobiety, co mi powiedziała, że moje zdjęcia są oszukane. Bo mam swoje zdanie. A nie wyglądam na takiego...
- A to komplement może miał być ;)
- Raczej nie. Powiedziała, że mam natychmiast przyjechać do niej na niezobowiązującą kawę, bo ona się nudzi. A ja na to, że nie, bo nie planuję...
- Podobno są jakieś firmy, gdzie można zadzwonić i zamówić pana .. również na niezobowiązującą kawę.. No tyle, że to ileś tam kosztuje...
- Owszem. A później mi proponowała wspólny wyjazd jej autem, ze mną za kierownicą, jakieś 150 km...
- Może niech się do pracy jakiejś weźmie ... na nudę to bardzo dobry sposób...
- Owszem. Ale Ty nie rozumiesz... Nudę zabija się w łóżku...
- To niech sobie kupi wibrator.. albo coś. Może to nie to samo, ale zawsze pod ręką...
- Skowronku!!
- No ja nie mówię, że popieram .. ale tak to ludzi sprowadza do poziomu rzeczy... A to chyba jeszcze gorzej?
- Bój się Boga... Co Ty wypisujesz? Ty.. ty... Ty jesteś jakaś wyzwolona kobieta... - przerywa na chwilę, po czym kontynuuje już poważnie - coś Ci powiem... Z Twoich wypowiedzi wynika wszystko, tylko nie to, że jesteś małą, lękliwą istotką...
- No popatrz... - uśmiecham się pod nosem - może to tylko pozory;)
- Nie sądzę. Chyba że to, że jesteś lękliwa to mają być te pozory ;) Mnie na lękliwą nie wyglądasz.
- No to ciekawe.. Więc skąd te trudności? Z podejmowaniem decyzji, zmian.. Gdzie mają źródło, jak nie w lęku?
- Ale to co innego. Ponieważ z natury jesteś typem skrytym i nie mówiącym, co myślisz bez mocnego przyciśnięcia, więc masz analogiczny stosunek do świata..
Spoglądam na niego pytająco, zastanawiając się, jak to rozumieć. Po chwili wyjaśnia:
- Do świata, który nie wiadomo co zataja, jakie ma wobec Ciebie plany i co też strasznego ukrywa.. Więc się czujesz niepewnie i usiłujesz zorganizować sobie poczucie bezpieczeństwa..
- Też nie wprost...
- Owszem. To z jednej strony pozwala to zrobić bez narażania się na ryzyko, ale z drugiej stwarza niższe poczucie bezpieczeństwa. Nie wiem, czy mnie rozumiesz?
- Nie do końca - odpowiadam zgodnie z prawdą - ale pomyślę na spokojnie.
- Wiesz, to jest tak: im bardziej wprost wysyłasz i odbierasz sygnały, tym jesteś ich pewniejsza. Im zaś bardziej wszystko jest umowne, tym mniejsza pewność.
- Zapewne.. Ale to wymaga tych wszystkich zmian, o których rozmawialiśmy... Zwłaszcza uporania się z lękami...
- Wiesz co.. ilość lęków zmniejsza się, jeśli człowiek trzyma się faktów. Najwięcej lęków powstaje w wyobraźni. I jak się nie jest czegoś pewnym. Ponieważ samemu nie daje się jasnych komunikatów, to i inne takimi się wydają.
- Ale sporo osób na jasne pytanie i tak nie da jasnej odpowiedzi..
- No to co? To nie o to chodzi, co ktoś inny robi, tylko o to, co Ty robisz. Jak po Twojej stronie są bezpośrednie komunikaty, a w sytuacje niejasne nie wchodzisz, to masz większe szanse na funkcjonowanie w realnych sytuacjach... A tak to masz kwintesencję własnych wyborów...niestety.
- Tak, to prawda. Ale nie wiem, czy rzeczywiście jestem taka skryta.. Są ludzie, którzy twierdzą wręcz przeciwnie...
- Owszem, jesteś. Ludzie, którzy tak twierdzą, są po prostu jeszcze bardziej zamknięci. Dokończę Ci jeszcze... Do tego brak poczucia bezpieczeństwa wynika często z faktu, że życie nie jest tak miłe, jakbyśmy chcieli. Mamy sporo gniewu w psychice, co z kolei wywołuje lęki...
- Kurczę.. - przerywam, zaczynając myśleć na głos - człowiek czasami opowiada jakieś piękne teksty o wartościach, normach, o tym, jak martwi się o drugiego... A jak pogrzebie w sobie ... to wszystko to są tylko ładne przykrywki mniej ładnych rzeczy...
- Na ogół tak. Ale co z tego?
- Nie wiem, co z tego. Może dobrze to wiedzieć - po prostu.
- A Ty jak masz?
- Pewnie często tak właśnie.
- No tak. Więc często jak jesteśmy altruistami, to tak naprawdę chcemy czuć się potrzebni...
- Tak. I mieć dobre samopoczucie.
- Znam takich, co mają wielki napęd do pomagania innym.. ale z nadzieją, ze ktoś im pomoże. Bo nie potrafią sami poprosić o pomoc, a jednocześnie złoszczą się z powodu samotności. I niby bezinteresownie.. Tylko czemu się irytują, jeśli pomogą komuś, a on skorzysta lecz nie odwzajemni, albo nie doceni... A człowiek tak się starał, no nie?
- Czyli sam gniew jako taki jest reakcją na to, ze coś idzie nie po naszej myśli?
- I nie spełnia naszych oczekiwań... A przecież nikt nie ma obowiązku spełniać naszych oczekiwań i założeń. I odwrotnie. Weźmy na przykład Twoje relacje z mężem. W sumie jak wychodziłaś za mąż, to nikt nie obiecywał, że będzie tak, jak to sobie wymyśliłaś.. No i nie było. Ludzie sobie zakładają, że wszystko pójdzie po ich myśli, następnie ignorują sygnały wskazujące na coś zupełnie odwrotnego, tylko dalej działają. A następnie są zaskoczeni, że okazuje się coś zupełnie innego...
- No nie do końca. Jednak małżeństwo to właśnie jakieś wzajemne zobowiązania.. Po co przysięgi, obietnice... ? Oczywiście, szczegółami się to jakoś wypełnia, ale główne założenia są i winny być dotrzymane. Nie zakładałam przecież, ze będziemy zdrowi, bogaci, ze mnie będzie nosił na rękach i w ogóle nie wiadomo co...
- Po co? Bo tak wypada, należy, tak się postępuje... Poza tym można zawsze samego siebie poprzekonywać, że to zadziała, jak się postaramy, że to jakaś rękojmia... Mimo, że gdzieś pod skórą czujemy, że to jakieś nieporozumienie; że sami sobie ściemniamy...
Zapada cisza. Nie przyjmuję jego rozumowania, dla mnie cała sfera sacrum, łaski jest istotna i wiara ma tu sporo do powiedzenia. Wyczuwa mój opór:
- Czy nie jestem dla Ciebie nazbyt surowy?
- Nie - zaprzeczam - skąd. Przecież nie odbieram tego jako ataku. Zresztą wiesz, że mną trzeba czasem potrząsnąć jak hipopotamem ;)
- No właśnie.. to po co Ci ślub kościelny? Żeby mieć gwarancję, że ktoś nie ucieknie?
- Nie przeginaj. Doskonale zdajesz sobie sprawę, że to nie o to chodzi. Starczy na dziś.
- Owszem, wystarczy...
- Tylko mnie nie zablokuj;)
- O to trzeba się bardziej postarać, nie tak prędko. Zmykaj spać.
- Dobrych snów.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

gołębia na dachu cd.


- Hej Hipciu;) Jak tam wróble i gołębie się mają?
- Witaj ... A bez zmian w sumie. U mnie to tak szybko nie idzie.
- Czemu? Moim zdaniem sprawa jest jasna: nie masz ochoty być z nim. Nie ma się co tu oszukiwać. Uczucia Cię prowadzą w konkretnym kierunku: do poznawania kogoś innego. To jest chyba oczywiste?
- Rzadko się kierowałam uczuciami.
- No i co masz? Upadek.
- Owszem. Ale to jeszcze nie znaczy, że kierowanie się wyłącznie uczuciami jest właściwsze.
- A czemu nie? Właściwe jest postępowanie przyzwoicie. I zgodnie z uczuciami jednocześnie. Przy czym to "przyzwoicie" dotyczy też stosunku do siebie. Inaczej mówiąc - nie ma potrzeby pozwalać komuś, by traktował Cię nieprzyzwoicie. No i koniec.
- Wciąż się boję, że wychodząc z takiego założenia, daleko się nie zajedzie. Że wkrótce uczucia się odmienią. Dla mnie takie kierowanie się uczuciami jest mocno niepokojące.
- Czemu?
- Jak to czemu? Bo tak z uczuciami bywa.. Są, za chwilę ich nie ma..
- E tam.. Owszem, bywają ludzie niestali. Ale normalny człowiek to się angażuje na długo. Uważam, że przy Twoim charakterze to jak wpadniesz emocjonalnie to na dłużej. To raz. A dwa - co złego jest w zmianie?
- A widzisz... Ja chciałabym związku nie na "jakiś czas"...
- Wszystkie są na jakiś czas.
Zamyślam się. No tak. Oczywiście. Wszystkie są na jakiś czas. Ale jak walczyć i po co walczyć o związek, skoro już od początku mamy takie założenie... Że nie tylko śmierć go przerwać może. On kontynuuje:
- Mój ojciec myślał tak, jak Ty. A teraz jest sam. No i co?
- Nie mówię o śmierci. To jest poza naszym wpływem.
- A co to za różnica? Tak czy inaczej nie ma tak, że ktoś będzie z Tobą zawsze. Musisz się z tym liczyć. Jak poznajesz kogoś to może być na 20 lat.. albo na 2 lata. Bo może chociażby wejść pod autobus...
- Różnica.. dla mnie różnica - przerywam - między odejściem kogoś, kogo kocham... ot tak.... bo mu się uczucia odmieniły, a odejściem z powodu śmierci ... no dla mnie jest różnica.
- A czemu różnica? Bo co? Czujesz się źle, bo ktoś już Cię nie lubi?
- Nie myślałam nigdy w ten sposób. Wiesz, może i tak. Ale chciałabym, żeby ta wyłączność była właśnie do śmierci któregoś.. A nie do czasu, dopóki się kolejne zadurzenie nie trafi. Takie podejście sprawia, że tracę poczucie bezpieczeństwa. Już na starcie.
- Oprzyj poczucie bezpieczeństwa o co innego. Poczucie bezpieczeństwa oparte o kogoś, to pakowanie się w kłopoty na własne życzenie. Zaufaj Bogu. Że i tak nic Ci się nie stanie.
Uśmiecham się, słysząc te słowa. Są takie świeże. Może dlatego, że w ustach buddysty brzmią jakoś inaczej. A on mówi dalej:
- Widzisz, Skowronku, bo tak to jest nieco nie fair.. Już tłumaczę - dodaje, widząc moje zdziwienie - Jak się człowiek czuje bezpiecznie, to jest z drugim człowiekiem dla przyjemności bycia razem i po to, by drugiego nieco pouszczęśliwiać... I to jest OK. A jak się nie czuje bezpiecznie, to szuka sobie kogoś po to, by ten dał mu poczucie bezpieczeństwa...
- Czyli tak naprawdę ten drugi jest nam po coś. Traktujemy go przedmiotowo, tak? - pytam, by upewnić się, że łapię tok jego rozumowania.
- Tak. To jest popularne nastawienie. Ale tak naprawdę przynosi zawsze kłopoty. Bo jak ktoś zniknie z dowolnej przyczyny.. albo np. ciężko się rozchoruje, to przy okazji znika poczucie bezpieczeństwa. O ile jeszcze takie relacje mogą ujść na sucho z kimś, kto jest miłym, godnym zaufania gościem, to robienie repety z kimś, kto wykręcił Ci taki numer i w dodatku nie czuje się jakoś specjalnie nie w porządku, jest już naprawdę proszeniem się o kolejnego kopniaka... Jesteś wprawdzie nieduża, ale świetnie dajesz sobie radę w życiu. Nie ma powodu, żebyś myślała, że coś Ci grozi, albo że z czymś nie dasz sobie rady.
- Ale to już nie o to chodzi - protestuję - chodzi o samo założenie. Idąc za uczuciami zachowujemy się dokładnie jak ten mój mąż: coś tam "piknęło".. poszedł. Okazało się pomyłką szybciej, niż się sama spodziewałam. Ale co zniszczył, to zniszczył. Czasu się nie cofnie. Tamta kobieta cierpi, ja cierpię i on w poczuciu winy też. I Pisklę również.
- Uważam, ze bardziej krzywdzi się dziecko wychowując je w patologicznych relacjach, niż samemu. Jeśli zejdziecie się spowrotem, to przyswoi sobie, że normalny świat to taki, w którym mąż nie okazuje serdeczności żonie i ogólnie uważa ją za nieinteresującą. Mówiłem na początku, ze należy robić to, co czujemy, nie szkodząc przy okazji innym. Odchodząc od kogoś, kto tak wobec Ciebie postąpił, robisz sprawiedliwie. Bo niby dlaczego masz go za to nagradzać? Za co? Za dziesięć lat egoizmu i oszustw? Postępowanie zgodnie z emocjami i nie krzywdząc w sumie nie jest takie skomplikowane. Wystarczy nie robić drugiemu, co Tobie niemiłe. I do kompletu nie pakować się w sytuacje, których drugiemu byś nie życzyła... Nie życzyłabyś swej sytuacji nikomu, prawda?
- No to oczywiste...
- No widzisz. Skoro niezależnie od tego, czy mówi to ksiądz, czy buddysta, zdanie mają takie samo, to znaczy, ze Twoje wahanie wynika z lęku. A nie z myślenia. I tyle... I nie jeż się.
- Nie jeżę.
- No to dobrze. A pamiętasz naszą rozmowę o szczęściu?
- Tak.
- Wiesz co mi się wydaje? Że człowiek nie czuje się szczęśliwy nie dlatego, że jest samotny, czy dlatego, że czegoś mu brakuje...
- Owszem. To chyba kwestia przekonań. Fałszywych.
- Dokładnie. Ale one są tak rozpowszechnione, tak powszechnie uznawane, że człowiekowi nie przychodzi do głowy, żeby je podać w wątpliwość. Jesteś zaprogramowana przez tradycję, kulturę, społeczeństwo, religię... Wyćwiczona w ten sposób, że jeżeli nie jesteś szczęśliwa, to obwiniasz siebie, a nie to Twoje zaprogramowanie, nie idee i przekonania.
- Dasz mi przykład jakiegoś fałszywego przekonania?
- Proszę bardzo. Np. "nie można być szczęśliwym bez ... " Bez tego, co się ceni, do czego jest się przywiązanym... itd.
- Owszem, wielu tak myśli faktycznie. Ale to dla mnie oczywiste. Jeśli jestem nieszczęśliwa, to dlatego, że myślę o tym, czego nie mam, zamiast koncentrować się na tym, co mam w danej chwili.
- Tak. Dokładnie tak. Inna opinia mówi, że szczęście pojawi się, gdy uda Ci się zmienić sytuację, w której tkwisz. Albo ludzi, którzy Cię otaczają. Bzdura. Można dokonać wszystkich upragionych zmian, świetnie się prezentować, mieć czarującą osobowość, być milionerem.. itd. I nadal być nieszczęśliwym. Albo: "gdy spełnią się wszystkie twoje pragnienia, będziesz szczęśliwy". Nieprawda. To właśnie one powodują napięcie, frustrację, brak poczucia bezpieczeństwa, nerwowość i lęki...
- Bo w sumie spełnienie jakiegoś pragnienia może co najwyżej sprawić przyjemność na chwilę, prawda? - nie czekając na odpowiedź kontynuuję myśl - i natychmiast pojawia się kolejne.. A jeśli już nie mamy czego pragnąć pojawia się nuda... Chyba wiele osób myli przyjemność ze szczęściem...
- Ale widzisz.. szczęścia nie można opisać. Jak opiszesz światło człowiekowi, który całe życie spędził w ciemności?
-Więc jakie jest wyjście?
- Zrozum swoją ciemność, a ona zniknie. Zrozum swoje fałszywe poglądy, a opuszczą Cię.
- To tak jak z tym gołębiem na dachu, prawda? Ludzie nie starają się zrozumieć, że ich poglądy są fałszywe - mimo że tak bardzo pragną szczęścia, bo po pierwsze nawet taka możliwość nie przychodzi im do głowy, a po drugie przeraża ich możliwość utraty jedynego świata, jaki znają...
- Owszem. Mimo, że to świat pragnień, przywiązań, lęków, presji, napięć, ambicji, zmartwień, poczucia winy.. itd, itp. Boją się wyzwolić z koszmaru, ponieważ mimo wszystko jest to jedyny świat, jaki znają.



poniedziałek, 4 stycznia 2010

jak cielę w kukurydzę


Smętnie mi dziś na duszy. Zawsze mi się wydawało, że z decydowaniem nie mam problemów... A teraz.. przestałam już nawet rozmawiać z przyjaciółmi, bo mam wrażenie, że moja monotematyczność męczy ich już i odstrasza. No i nie dziwię się. Wlokę się noga za nogą w stronę ławeczki, gdzie mój Znajomy bywa, z nadzieją, że jeszcze nie uciekł. Choć zwykle po rozmowach z nim większy jeszcze bałagan powstaje.
Ławeczka jest pusta. Przysiadam jednak na brzegu. Nigdzie się nie spieszę. Jestem pewna, że przyjdzie. I rzeczywiście po kilkunastu minutach słyszę za plecami znane kroki. Nie odwracam się nawet. Czekam.
- Pomyślałem, że warto by było pogadać - nie bawi się w konwencjonalne powitania - bo Twoje sprzeczne sygnały wprowadzają mi pewien chaos.
- Sygnały są pewnie odzwierciedleniem wewnętrznych sprzeczności. Jest we mnie cała masa ambiwalentnych uczuć i dążeń... - robię mu miejsce obok siebie - czyli wracamy do pytania, jakich relacji oczekuję?
- Nie. I nie chodzi o to, żebyś czuła się "ustawiona", objechana, czy cokolwiek takiego. Ani o to, żebyś mi cokolwiek tłumaczyła. Mówię Ci tylko to, co czuję.
- Masz prawo mnie i objechać - wzdycham - zarabiam na to.
- Chodzi tylko o to, żebyś zauważyła, ślepotko, swoje emocje - przytula mnie, łagodząc swoje słowa i dodaje z uśmiechem - oczka na trzy... cztery.. otwórz!
- I cóż, że zauważę? I co mam zrobić? Posłuchać ich? Których? Zdusić? Bez sensu, bo wylezą zawsze w najmniej oczekiwanym miejscu i momencie... i ze zwielokrotnioną siłą...
- Nie dusić... Zrozumieć, do czego Cię prowadzą. A co jest wbrew nim. Chodzi o świadomość. Rozumiesz?
- Rozumiem.
- Nie ma się co szarpać...
- A to jednak... nie rozumiem... Chcesz powiedzieć, że powinnam się kierować emocjami? - prawie szeptem pytam, nauczona, że emocje powinny podlegać rozumowi, itd., itp.
- Owszem. Powinnaś iść za sercem. A nie za tym, co Ci się wydaje słuszne i wypada...
- Za tym co "wypada" to może nie... Ale za tym co słuszne.. Całe życie w ten sposób byłam uczona i w ten sposób postępowałam. Mało tego, nie tylko tak byłam uczona, ale przyjęłam to za swoje.
- No i co z tego masz?
- Spokojne sumienie? To, że mogę spoglądać na siebie w lustrze?... - zamyślam się. Próbuję pójść jego ścieżką... Pytam:
- A powiedz... Pójdę za sercem.. A jeśli ono niedługo się odmieni? Będę całe życie szukać czegoś? Gonić to tu, to tam? Rezygnować przy pierwszych trudnościach? Łapać kolorowe motyle? Wiesz, jak jest z uczuciami i emocjami... To zwodnicza droga.
- To Ci nie grozi. Masz Wenus w Pannie. To ziemski znak i stabilne emocje. I na długo.
- Wiesz, że to nie jest argument, który do mnie trafia - uśmiecham się na myśl o naszej pierwszej rozmowie, kiedy zaskoczył mnie wykładem na temat swojego zainteresowania astrologią. Dodaję:
- Poza tym.. nawet jeśli to przyjąć, to do tanga trzeba dwojga.
- Nie rozumiem?
- Nawet jeśli przyjąć - tłumaczę - że jest tak, jak mówisz; że nie grozi mi spędzenie życia na ciągłych poszukiwaniach.. to i tak nie gwarantuje mi to udanego związku, bo licho wie, jak stabilne emocje będzie miało to drugie.
- No tak. Ale to nie o to chodzi. Chodzi o to, by żyć w zgodzie ze sobą. Bo inaczej człowiek robi się zgorzkniały. I zły. Bo poświęcanie się niczemu nie służy. Wiem to z własnego doświadczenia. Starałem się robić to, co dobre. Ale i tak ktoś tego nie docenił. Niejeden "ktoś". Ty się starasz, żeby sytuacja była w porządku. A ktoś ma to w nosie. I myśli o swojej wygodzie psychicznej. I nie tylko.
- Rozumiem, ale to, że ktoś czegoś nie docenia to nie jest argument, żeby zmieniać postępowanie. W końcu nie tylko ze względu na niego staram się być w porządku. Poza tym to, co mówisz wymagałoby ode mnie odwrócenia o 180 stopni tego, co uważam za słuszne...
- A to niby czemu? Nie zauważyłem, żebyś miała jakieś dzikie poglądy? Tak naprawdę nie chodzi o zmianę o 180 stopni. Jesteś dobrą, przyzwoitą kobietą, więc nic się tu nie zmienia...
Zapada cisza. Wyczuwa, że nie jestem ani trochę przekonana do tego, co mówi. Dodaje ciepło:
- Po prostu uwzględnij w uszczęśliwianiu swoje serduszko. I tyle. Skoro robisz dobre uczynki, to sobie też je funduj...
- Jak dla mnie to i to jest sporą rewolucją - uśmiecham się z nosem w jego ramieniu.
- No ale to nie zmiana totalna. To raczej rozszerzenie działalności...
- Troszkę przerysowuję.. Ale widzisz.. Coś kosztem czegoś.
- To znaczy? Szczęście kosztem nieszczęścia? - teraz on się uśmiecha, słyszę to w jego głosie.
- Zmora. Idź sobie. Albo ja idę.
- Gdzie? Zmieniać poglądy? - śmieje się, trzymając mnie za rękaw.
- Spać. Nie tak szybko z tą zmianą. Choć niezły jesteś. W mieszaniu.
- Niezły? Tylko niezły? - robi zawiedzioną minę.
- No co ja mam Ci powiedzieć? Zaraz będzie, że jakieś sygnały, albo coś... - wykręcam kota ogonem.
- No cóż.. powiedzmy sobie szczerze: masz szczęście, że mnie poznałaś - puszcza oko.
- No proszę.. I po co ja mam to mówić, skoro Ty dokładnie to wiesz?
- Widzisz.. Ty np. wiesz, że masz ładną figurę... Ale jednak jak ja o tym mówię, to troszkę co innego, nie?
- Coś Ty.. ja tylko wierzę Ci na słowo - uśmiecham się na pożegnanie, zostawiając go na ławce.

niedziela, 3 stycznia 2010

gołąb na dachu


- Hej Malutka.
- Cześć - uśmiecham się do słuchawki. Te telefony stały się już wieczornym rytuałem. Niedługo mi go zabraknie, ale teraz jeszcze cieszę się nim. Nie przepadam za tą formą rozmowy, ale te polubiłam...
- Jak dzień Ci minął? - pytanie standartowe. Doprowadzało mnie do szału dopóki nie uwierzyłam, że faktycznie go to interesuje i nie jest tylko grzecznościową formą nawiązania kontaktu.
- Nic specjalnego... pogadałam z mamą o świętach.. Ona nawet nie wie, ze mąż się wyprowadził.. Właściwie w domu nic nie wiedzą. Nawet się nie domyślają...
- No i dobrze - mówi. W sumie też tak uważam. Miałam ciągle nadzieję, ze wszystko wróci do normy, nie było więc sensu wciągać rodziny w całą tę sprawę. Tyle że tym sposobem zostałam sama na placu boju... Otrząsam się z myśli i spowrotem zaczynam słuchać:
- ... myślałem o Tobie i wydaje mi się, że biorąc pod uwagę, iż dorosłe życie jest pochodną dzieciństwa... to skoro nie zauważyłaś, ze mąż nie ma do Ciebie gorących uczuć, to jednak czegoś tam po drodze zabrakło...
- Pewnie tak - potwierdzam i myślę o latach, kiedy moje dzieciństwo skończyło się nagle i bez żadnego ostrzeżenia... I o wiele za wcześnie.
- Tak myślę. Bo inaczej byś to zauważyła. Nie da się tak długo udawać dobrze bliskości... Myślę - zmienia ton - że zdecydowanie należy Ci się dla odmiany coś innego w tym temacie.
- Wiesz.. - zaczynam przyznawać się powoli przed nim i przed sobą przede wszystkim - mogło być tak, że miałam takie obawy przed ślubem już. Ale bałam się samotności, tego że "nic lepszego" się nie trafi, itd. I chciałam wierzyć w to, co on mówił. A nie w to, co widziałam...
- No mogło. Ale teraz już nie ma powodu, by w tym tkwić. Serio. Nie ma powodu bać się samotności. Wiesz, Skowronku.. znalazłem dziś moje fotki z moją ex... I śmiesznie się czuję.
- Dlaczego śmiesznie? To znaczy jak dokładniej?
- Wiele lat wywoływała u mnie gorące emocje. Różne. A teraz jakoś mi przeszło. Patrzę na jej fotki i jedyne, co czuję to jakieś zdziwienie. Ona wydaje mi się jakaś dziwna. I zupełnie nieprawdziwa... Na tych fotkach, gdzie ma świadomość, że jest fotografowana jest uśmiechnięta i zadowolona z życia. A na jednym, gdzie chyba wydawało się jej, że jest zasłonięta ma wściekłą, totalnie odpychającą minę.
- Cóż.. maski, maski.. Sama robię często dobrą minę do złej gry..
- W sumie takiego stanu umysłu to ja jej ogólnie współczuję, bo to nic miłego. Ale to jest jakiś taki zawiązany umysłowo na sobie supełek egocentryzmu, który nie jest naturalną cechą tej osoby, tylko powstał w efekcie różnych doświadczeń. Natomiast nie ma opcji, żeby to odkręcić..
- Dlaczego?
- Bo ona nie jest zainteresowana. Takie normalne życie jest jakby poza kategoriami jej zrozumienia.
- W sumie - wtrącam - to jeśli się człowiek wychowa w niemiłym miejscu, to się może później przyzwyczaić, że gdzie indziej jest lepiej..
- Ale niektórzy w ogóle nie są zainteresowani.
- A skąd się to bierze?
- To takie szersze zjawisko. Ale ona jest dobrym przykładem. Głównie to kwestia braku chęci i barier w umyśle. Braku umiejętności abstrakcyjnego myślenia. Dla takich ludzi to, czego nie znają, nie istnieje. A nowe rzeczy przyporządkowują znanym. Chyba wynika to z dużej ilości lęku, który z kolei wynika z gniewu... Ale w sumie to przede wszystkim kwestia chęci nauczenia się.
- Tak, pewnie tak. Niestety, lęk często wszystko paraliżuje.
- Wiesz, Skowronku... jednak przede wszystkim to jest kwestia chęci. Bo można wszystko w życiu zmienić, tylko trzeba chcieć. A jak ktoś woli zamknąć się na świat, bo doświadczył nieprzyjemności i teraz się boi.. to tak to właśnie wychodzi..
- Chyba mówimy o tym samym. Tylko chęci muszą być silniejsze, niż ten lęk.
- To nawet nie chęci zmiany.. tylko zobaczenia, czy jest coś innego.
- Tak.. ale jeśli ktoś nie jest o tym przekonany... - zamyślam się. To, o czym mówimy znam dobrze z własnego doświadczenia - jeśli nie jest o tym przekonany, to może myśleć, że lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu. Rozumiesz? A tu trzeba zaryzykować tym, co jest. Co się ma. Co może jest byle jakie, ale jednak jest i jest oswojone...
- Widzisz, sęk w tym, że niektórzy nie chcą nawet spojrzeć, że tam jest jakiś gołąb... Tylko uważają, że takich dużych ptaków to być nie może...
- Cóż.. na siłę nic nie zrobisz i nie pomożesz komuś, jeśli tego nie chce..
- Niestety. Mają oczy i możliwości intelektualne. Ale są tak zasupłowani na swoim sposobie postrzegania świata, że się do nich nie dotrze. Większość pań, które w życiu poznałem miało poza różnymi problemami ów ogromny potencjał, z którego nie skorzystały.
Zapada cisza. Myślę o swoim życiu. Po chwili pytam:
- Myślisz, ze szczęście postrzegam jako największe nieszczęście?
- A nie?
- A nie. Ale ... to nie jest równoznaczne z tym, że mam do niego święte prawo, wbrew wszystkiemu i wszystkim.
- A ja uważam, ze każdy człowiek ma prawo do szczęścia.
- Aha. To jeszcze kwestia, co kto nazywa szczęściem i kiedy się takim poczuje.
- O tym jutro. Muszę się od Ciebie oderwać. Spokojnej nocy.
- Spokojnej.