poniedziałek, 22 marca 2010

"Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3,15b-16).


Zdarzyła mi się wczoraj ciekawa dyskusja z moim kolegą buddystą nt. islamu. Sprowokowana przez informacje o planowanej budowie meczetu na warszawskiej Ochocie i ewentualnych wskazaniach do oprotestowania [lub nie].

Na tyle była ciekawa, że pewnie do niej wrócimy, a może i tu pokuszę się o jakieś podsumowanie. Wywołała sporo emocji, bo mimo iż zdania co do islamu mamy podobne, jeśli nie identyczne, to problem zrobienia czegoś, włączenia się do protestu, bądź siedzenia z założonymi rękami zaprowadził nas do rozważań na temat modnej neutralności.


Jesteśmy społeczeństwem, które ceni sobie osiągnięcia, wiedzę, dobra materialne i poczucie bezpieczeństwa. Każdy chce się wykazać, zabłysnąć wiedzą, zdolnościami, możliwościami, szerokim spojrzeniem i znawstwem w możliwie wielu dziedzinach. Pole do wykazywania się i udowadniania innym własnej orientacji jest ogromne. Najlepiej, by ta wiedza była wyjątkowa, szczególna, a koniecznie obiektywna i bezstronna.

Z pozoru to bardzo pozytywne zjawisko dla życia społecznego. Jeśli jednak się nieco przyjrzeć, to nie jest już tak różowo. Wypowiedzi nie zawsze wynikają z osobistej, głębszej refleksji, lecz są powielane wielokrotnie za pomocą tych samych sformułowań i wyświechtanych związków frazeologicznych.

Dzięki temu z jednej strony mamy może mniej konfliktów [bo mniej jednostek niezgodnych z ogółem], z drugiej jednak strony grupa traci możliwość wieloaspektowego spojrzenia.

Co gorsze, wielu z wypowiadających się traktuje problemy, o których mówi, jakby dotyczyły kogoś na Marsie. Czyli: widzę problem, mówię o nim, krytykuję, ale nie zagłębiam się i nie angażuję. Ani w głębsze przemyślenia, ani - tym bardziej - w działanie.

Dlaczego? Bo nie mam możliwości, umiejętności, predyspozycji. Argumentem bywa też nieznajomość dziedziny oraz neutralność poglądów.

Brak możliwości, umiejętności i predyspozycji jest do przyjęcia - każdy człowiek ma jakieś ograniczenia. Natomiast neutralność... budzi we mnie odruch wymiotny. No może za ostro. W każdym razie nie bardzo rozumiem zasadność odróżniania neutralności od zwykłej obojętności. No może "neutralność" lepiej brzmi.

Stąd słyszę: neutralność wobec życia politycznego, neutralność w stosunku do życia społecznego i jego problemów, neutralność w stosunku do pewnych zachowań, do prawa, norm moralnych, itp. itd. Słyszę: "nie wychodź przed szereg", "milczenie jest złotem", "zły to ptak, co własne gniazdo kala".. . I stosując się do tych "złotych myśli" nabieram poczucia, że nie wtykam nosa w nie swoje sprawy, nie narażam się, nie urażam innych, itd.

Tak naprawdę jednak jest to wygodne siedzenie we własnym, przytulnym gniazdku , za pieczołowicie wzniesionymi murami i fosą, które mają chronić przed co bardziej wstrząsającymi i trudnymi zdarzeniami. Bo po co ingerować, kiedy tak niewiele od nas zależy? Poza tym sprzeciw i walka to domena młodych idealistów, naiwnych i porywczych. Tymczasem należy dojrzeć, stać się realistą, wypracować kompromisy, zająć się własnymi sprawami...

Tymczasem dobrze byłoby zdać sobie sprawę z konsekwencji własnego nie-działania i milczenia.

Przecież każde nie podjęte działanie, przemilczenie, każda nieprzemyślana kwestia jest tak naprawdę POPARCIEM.

Rozprawiamy sobie o przemocy, łamaniu praw człowieka, dyskryminacji, wypaczającym szkolnictwie.. ale za nasze "nie wtrącanie się w cudze sprawy" cierpią konkretni ludzie.

Neutralność to klapki na oczach. Krótkowzroczność. Założenie [lub bezmyślna nadzieja] że nas to nie spotka, że nas taki problem nie dotyczy i dotyczył nie będzie.

Uważam, że bycie neutralnym to bycie współodpowiedzialnym i współwinnym. Milczenie jest zgodą i tyle. Każdy unik odpowiedzialności to powielanie, podtrzymywanie -> tworzenie istniejących opresji [które w potocznych rozmowach zresztą krytykujemy]..

O tak, hipokryzję też krytykujemy, a jakże...

W ludziach mijanych na chodniku nie dostrzegamy ludzi. Próby działania interpretujemy jako naiwność. Zakładamy, że się "nie uda". Potencjalną "porażkę" traktujemy jako powód do wstydu. Mamy wykrzywione skojarzenia i zupełnie poodwracane definicje: zaangażowania, ryzyka, inicjatywy, próby, pracy w celu jakimkolwiek innym, niż własny interes.

Przesadzam? Wystarczy porozmawiać z kimś, kto bezskutecznie wołał o pomoc na środku ruchliwego chodnika.

Ponosimy odpowiedzialność nie tylko za to, co mówimy, ale i za to, co przemilczamy. Brak reakcji czyni nas współwinnymi. A od tego współudziału nie da się umyć rąk.

niedziela, 7 marca 2010

Dzień Kobiet

Kochane Dziewczyny:)

kliknijcie na podany adres:
http://www.procreo.jp/labo/flower_garden.swf

Zobaczycie czarną albo białą stronę. Kliknijcie jeszcze raz, obojętnie gdzie .. Albo jeszcze lepiej: kliknijcie i przytrzymując palcem, przesuwajcie myszką po całej stronie:)

z najlepszymi życzeniami - skowronek;)

czwartek, 4 marca 2010

piotrusiowatość


Nie jestem jakimś specjalnie towarzyskim stworzeniem, niemniej jednak w lesie nie żyję. Nie sądzę też, żebym miała jakiś specjalny dar przyciągania ludzi fizycznie dorosłych, a nawet w - powiedzmy - średnim wieku, jednak psychicznie niedojrzałych... Zastanawiam się więc, co się stało, że świat aż tak się zmienił... Czy tylko wydaje mi się, że się zmienił? Ale chyba nie.... Chyba niedojrzałość dorosłych jest obecnie większym problemem niż kiedyś...
Kiedyś człowiek kończył szkołę i naturalnie wkraczał w przestrzeń pracy, rodziny. Może pomagały mu w tym schematy, utarte ścieżki, wyznaczone przez społeczne struktury. Oprócz tych, którzy kontestowali rzeczywistość, reszta podążała nimi posłusznie. Może ograniczały one w pewnym sensie, ale i ułatwiały odnalezienie własnego miejsca a świat wydawał się stabilny. Dzisiaj te ścieżki straciły swoją oczywistość. I znów - coś na plus: daje to możliwość życia całym bogactwem swej osobowości, pełniejszego rozwoju, samorealizacji... A z drugiej strony pojawia się poczucie, że wszystko zależy od nas samych, ze sami musimy decydować... A to jest trudne.
Ludzie zachowują się, jakby uciekali od dorosłości i chcieli pozostać dziećmi. Albo inaczej: zachowują się schizofrenicznie - chcą czerpać z dorosłości wolność wyboru i nie chcą, by ktoś ich kontrolował i ograniczał, a równocześnie chętnie zachowaliby dziecięce poczucie bezpieczeństwa... Chcieliby robić wszystko, na co mają ochotę, ale nie chcą ponosić żadnych tego konsekwencji. Dokładnie jak dziecko. Owszem, w dzieciństwie mogli nawet pasem za coś oberwać w ramach tejże konsekwencji. Ale przed prawdziwie groźnymi skutkami rodzice chronili...
Przyczyn zapewne jest wiele: rozbite rodziny, rodziny bez ojca, rodzice nie mający czasu dla swoich dzieci, trzymanie dziecka "pod kloszem".. itd. Dojrzewanie uniemożliwia także sytuacja, gdzie nie promuje się właściwej hierarchii wartości, gdzie najważniejsza jest kariera i sukces, a gdzie pomija się problem relacji i zaniedbuje naukę budowania więzi i relacji międzyludzkich. Dzisiejszy świat sprzyja rozwojowi indywidualnemu, ale tworzeniu relacji już niekoniecznie...
Nie ma sensu chyba zastanawiać się, co jest większym problemem: czy defekty rodziny, czy kult sukcesu, czy siedzenie z nosem w TV/komputerze...
Wydaje mi się, że ostatecznie największym problemem jest brak ojca. Nie tylko i niekoniecznie fizyczny jego brak.
Jeśli macierzyństwo to karmienie, chronienie, opieka, uczucia i miłość bezwarunkowa, to rola ojca polega na tym, by oderwać dziecko od matki i uczyć je samodzielności. Wychowanie ku samowychowywaniu. Zarówno mężczyznę, jak i kobietę niezależności uczy właśnie ojciec.
Tymczasem w wielu współczesnych rodzinach ojca albo nie ma, albo nie wypełnia on swej roli.
Ktoś kiedyś mi powiedział, że winna jest historia: obie wojny, które sprawiły, że wielu mężczyzn zginęło a wielu zostało od swych rodzin odłączonych. Owszem, to na pewno też. Ale czy nie jest tak, że winne jest również pewne wymieszanie ról? Czy efektem ubocznym działań feministycznych nie jest zwolnienie mężczyzn z odpowiedzialności?
Współczesność dała kobiecie niezależność, ale zarazem wysłała mężczyźnie komunikat, że nie musi się o kobietę troszczyć. A jakoś tak jest, że jak mężczyzna nie musi czuć się odpowiedzialny, to natychmiast obniża loty i wpada w egoizm [zbiorę za to po głowie?;)]...
Czytałam sobie ostatnio "Syndrom Piotrusia Pana" D. Kileya i trudno się nie zgodzić z autorem, iż syndrom ten jest jedną z chorób współczesności...
Taki Piotruś Pan wie, że kiedy dorośnie będzie musiał zacząć chodzić po ziemi, zarabiać, ożenić się... więc decyduje, że nie chce dorosnąć. W jego świecie, świecie zabawy nie ma konsekwencji ani zobowiązań... Jest całkowicie skupiony na sobie, klasyczny egocentryk, ludzi traktuje jak zabawki - chce ich mieć dla siebie. Mieć, dopóki się nie znudzi. Kiedy się znudzi - odchodzi.
Jednocześnie jednak chciałby móc zawsze [kiedy już się znudzi, zmęczy] wrócić do domu. Wrócić do mamy.
Od kobiety więc, swojej partnerki, taki mężczyzna wymaga, by mu matkowała. By zawsze była w domu, czekała na niego i akceptowała. Niezależnie od tego, co on robi...
Złudne jest myślenie, ze syndrom Piotrusia Pana dotyka jedynie mężczyzn. Kobiet również, tyle że nieco inaczej. I chyba z czego innego się bierze..
Ładnie mozna to tłumaczyć za pomocą symboliki biblijnej: mężczyzna to syn Adama - stworzonego w samotności. Zna więc samotność i radzi z nią sobie. Natomiast kobieta, córka Ewy, nigdy nie była sama. Zawsze była przy Adamie. I zawsze definiuje siebie w odniesieniu do innych. Brak tworzenia więzi u kobiety wynika chyba z lęku jedynie. Kobieta, która nie chce kochać jest kimś skrzywdzonym i głęboko poranionym.
Zawsze zastanawia mnie, że są kobiety, które decydują się na bycie "singlami". Wydaje mi się, że kobieta nie jest w stanie trwale odwrócić się od miłości, nie odwracając się od siebie samej, nie rezygnując ze swej tożsamości... Oczywiście mówię o wyborach, nie o sytuacjach kiedy samotność jest niechciana. Wydaje mi się, że dla kobiety życie bez miłości jest bardziej jeszcze bezsensowne, niz takie życie dla męzczyzny... Mylę się?

Jest w książce "Piotruś Pan" Wendy, dziewczyna Piotrusia. Matkuje mu, akceptuje jego niedojrzałość i popełnia błąd: nie stawiając żadnych wymagań, nie pomaga mu w osiągnięciu dojrzałości... I tak to bywa. Ze strachu przed samotnością kobiety pozwalają na to, by mężczyzna był skupionym na sobie egoistą. W ten sposób mamy błędne kółeczko: obie strony wspierają się wzajemnie. W tym, co niedojrzałe.

bardzo przepraszam


Wszystkich, którzy zaglądają na ten blog - zaniedbałam go strasznie... I nawet nie obiecam, że to się więcej nie powtórzy, bo chyba tej obietnicy bym nie dotrzymała...

Tak to ze mną jest, że czasem milknę na dłużej... W sumie nawet nie sądziłam, ze blog ten będzie przez kogokolwiek odwiedzany, miał być pisaniną ot tak, dla wyrzucenia z siebie myśli i spojrzenia na nie niejako z boku. Tymczasem .. zaglądacie:) Co mnie cieszy niezmiernie, naprawdę cieszy, a z drugiej strony czuję się winna, bo zaglądacie często na próżno.

Nie mam niestety możliwości czasowych [i umysłowych;)], żeby zamieszczać posty z większą częstotliwością lub czynić to systematycznie...

Może te wiosenne krokusiki z mojego ogródka troszkę uśmiechu Wam przyniosą?

Jeszcze raz bardzo, bardzo przepraszam.

środa, 3 lutego 2010

stan na styczeń 2010


Szlag by... Urywam, dusząc resztę w zarodku. Wydłubuję z wnętrza dłoni okruch szkła, barykaduję sobą dostęp do rozlanego mleka i sprawdzam kątem oka, czy Pisklę zdążyło wdepnąć. Tym razem nie. Reszta szkła ląduje z brzękiem w koszu, dołączając do rozsypanej soli, stłuczonego kieliszka do czerwonego wina i salaterki z najlepszej zastawy.
Spoglądam smętnie na te owoce mojego roztargnienia. Mam nadzieję, że wyczerpałam już limit zniszczeń. Nigdy nie miałam tendencji do tłuczenia i upuszczania, teraz jednak nadrabiam za wszystkie czasy.
Na fajerce bulgocze zupa. Zestawiam. Zaczepiam. Zawartość ląduje na kuchni. W tym momencie schodzi ze mnie powietrze, jak z przekłutego balonika. Siadam na podłodze i pozwalam płynąć łzom. Płyną i płyną, zupełnie nieproporcjonalnie do rangi szkód.
Oczywiście to najlepszy moment na niespodziewanego gościa. Alarm dzwonka podrywa mnie na równe nogi. Ocieram łzy pospiesznie; jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że płaczę nad rozlaną zupą.
Sąsiadka przysiada na brzegu krzesełka, jednym rzutem oka ogarniając sytuację.
- Kawki się napijesz? Mam cieplutką szarlotkę? - proponuję
- Nie, wiesz, mam pod opieką siostrzenicę, bo ferie i do mojej Oli przyjechała... Wpadnij Ty do nas z Pisklęciem, to się pobawią - nawet się nie rozbiera, kręcąc się jak na szpilkach w obawie, że dzieciaki rozniosą dom podczas jej nieobecności.
- Wiesz co.. to zróbmy inaczej: weź moje Pisklę na chwilę, ja coś załatwię i przyjdę do Ciebie - proszę i widząc aprobatę opatulam pospiesznie synka. Wypycham ich delikatnie za drzwi, nakładając pospiesznie płaszcz i buty.
Wychodzę. Muszę się przejść, przewietrzyć. Mam wrażenie, że ściany kuchni zbliżają się ku sobie i za chwilę zakleszczą mnie w środku. Zostawiam drzwi nie zamknięte, byle szybciej. Idę energicznie, coraz szybciej. Zaczynam biec.
Nie mam kondycji. Szybko łapię zadyszkę. Trzeba koniecznie coś z tym zrobić, inaczej moje ukochane góry będę podziwiać z Krupówek albo spacerniaka na Gubałówce. Przechodzę do marszu. Przypominam sobie o ławeczce.
Mój jesienny znajomy już tam nie bywa. Pojawił się nagle, niczym duch i tak samo niespodziewanie znikł. Może był potrzebny w tamtym czasie. Może był posłańcem. Nie rozważam teraz czy dobrym, czy złym. Czas pokaże. Tęsknię za rozmową z nim, ale wiem, że jego czas już się skończył. Wykonał swoje zadanie. Może wróci w innej postaci; w innej roli. Nie wiem. Nie przywołuję go, nie niepokoję. Tę wąziutką ścieżynkę, która rysuje się przede mną i tak muszę przejść samotnie.
Ławeczka jednak nie jest pusta. Na brzegu przysiadła skulona, kobieca postać. Waham się przez chwilkę lecz przysiadam, doświadczając czegoś na kształt deja vu - tyle że z zamianą ról.
Nie przerywam milczenia, nie zagaduję. Uśmiecham się jedynie przyjaźnie. Oczekiwanie nie trwa długo.
- Mogę o coś zapytać? Osobiste pytanie to będzie... - słyszę jej cichy, zmęczony, wyprany z emocji głos.
- Słucham - odpowiadam najcieplej, jak umiem. Zapada jednak znów cisza... Dodaję:
- Niech pani zacznie od początku, mam czas.
- Od jakiego początku? Mam opowiedzieć całą historię?
- Jeśli ma pani taką potrzebę, to dlaczego nie?
- Chodzi o mojego męża, o małżeństwo - zaczyna, próbując uporządkować kłębiące się myśli - pobraliśmy się ... nie wiem... wtedy myślałam, że z miłości. A teraz myślę, że ze strachu.
- Ze strachu? Przed czym?
- Przed samotnością, przed tym, że już nikt inny się nie trafi... Niech mnie pani nie ocenia źle od razu... Mieliśmy swoje lata, bardzo podobną przeszłość, wiele wspólnych płaszczyzn porozumienia.. Takie same wartości, gust, lubiliśmy się... Zresztą, wtedy wydawało mi się, że go kocham. A i on mnie wiele razy o tym zapewniał...
- Nie oceniam, proszę się nie obawiać. Po prostu chcę być pewna, że dobrze rozumiem.. Niech pani mówi dalej...
- Na początku wszystko układało się idealnie. Ślub wzięliśmy skromniutki i cichy, w sumie ze 12 osób było. Wynajmowaliśmy kawalerkę, ale udało nam się kupić maleńki, stary domek do remontu, właściwie pokój z kuchnią, bez łazienki, bez ogrzewania, bez ciepłej wody... Przeprowadziliśmy się tam zaraz po ślubie, śpiąc na materacu na kawałku wyszorowanej podłogi... To był dobry czas...
- A przed ślubem? Mieszkaliście razem? W tej kawalerce?
- Tak, ale tylko pół roku. Również ze względów finansowych, straszną biedę klepałam wtedy. Ale nie spaliśmy ze sobą.. Wie pani, ja tak byłam wychowana i on też. Gentelman taki mi się wydawał. Ja spałam na narożniku, a on na materacu. Później kupiliśmy polówkę...
Zamyśla się. Nie ponaglam. Zresztą sama wkróce podejmuje:
- Wie pani... Już wtedy zdarzały się takie sytuacje, które mnie niepokoiły. Ale brałam wszystko za dobrą monetę. Na przykład długi czas na półce stało zdjęcie jakiejś kobiety. Trochę się bałam o nią pytać, ale w końcu doszłam do wniosku, że skoro jesteśmy razem, to czemu nie? I kiedyś, wycierając kurze, zapytałam. Powiedział, że ją kochał, ale ona się nim zabawiła. I zostawiła. Zabrał mi wtedy to zdjęcie i położył płasko, wysoko na szafie. Gdybym wiedziała wtedy, że ona nam będzie towarzyszyć przez cały czas...
Kiwam głową, potwierdzając, ze słucham uważnie. Ona kontynuuje:
- Dziwiło mnie wtedy, że nie ma w nim nic z romantyzmu.. z takiego pożądania kobiety.. Był ciepły, czuły, ale tak bardziej jak dobry znajomy, przyjaciel może... Pytałam go dziesiątki razy, czy on mnie kocha, oczywiście zawsze twierdził, że tak... Tylko że nie umie okazywać emocji, bo tak był wychowany, bo taki już jest... A ja tak chciałam w to wierzyć...
Przerywa. Po jej policzkach spływa kilka cichych łez. Ociera je wierzchem rękawiczki, zbiera się w sobie. Szukam po kieszeniach chusteczek, podaję.
- Myślałam, że potrafię to zmienić.. wie pani, że wszystko się ułoży.. że się kochamy przecież... że on taki dobry, porządny.. posprząta, upierze, ugotuje.. po pracy prosto do domu, żadnych piwek z koleżkami... Później, jak się przeprowadziliśmy do własnego domu też było nieźle. Mieliśmy tyle energii i zapału.. Wie pani, jak to na swoim. Nie przeszkadzało, że trzeba myć najpierw jedną nogę, a później dopiero drugą w małej misce na taborecie, stawianej na środku kuchni. Powolutku się urządzaliśmy, żadnych tarć, żadnych rozbieżności.. podobały nam się te same tapety, ten sam obrus, takie same filiżanki... Ja tylko byłam trochę zdziwiona, że w noc poślubną wyciągnął mnie na długi spacer po górach, a później był już tak zmęczony, że zasnął, nim się wykąpałam... No i później, kolejne noce też nie były takie, jak to między młodymi... On podejmował jakieś próby, ja pomagałam jak umiałam, starałam się, wie pani... Ale tak się czułam nie bardzo. Zaczęłam myśleć, że to pewnie moja wina. Że nie działam na niego tak, jak trzeba. Oglądałam się w lustrze, kupowałam fajną bieliznę, perfumy.. I nic. I nic... Starałam się nie zniechęcać, ale trochę mnie kompleksy zżerały już. A później na domiar złego przyplątało mu się jakieś zapalenie, niby się leczył, ale mijały tygodnie, miesiące... Lata w końcu. A ja odpuściłam. Pomyślałam, że skoro mu ślubowałam "na dobre i złe", to widać jego impotencja jest tym złym... Lekarze dawali spore szanse na wyleczenie, ale on jakoś się do leczenia nie rwał. Ja nie chciałam zbyt mocno naciskać, to w końcu drażliwy temat dla mężczyzny...
Minęło kilka lat i pomyśleliśmy, że czas postarać się o adopcję. In vitro było dla nas nie do przyjęcia. No i tak zrobiliśmy. Cała procedura trwała prawie dwa lata. Poszło by szybciej, ale trzeba było rozbudować dom, bo ośrodek wymagał, by dziecko miało swój pokój. A i sami chcieliśmy pokończyć wszystko, zanim Brzdąc się pojawi, żeby móc się nim w pełni zająć, a nie koczować na budowie.
No i trzy lata temu się doczekaliśmy. Chłopczyk miał dość obciążony wywiad okołoporodowy i nie było do końca wiadomo, jak się dalej będzie rozwijał, ale od pierwszego spojrzenia wiedzieliśmy, że czekaliśmy na niego. Złapał męża za palec i uśmiechnął się bezzębnymi dziąsłami. No i był nasz.
- Ale pomijając fakt impotencji męża okazywaliście sobie chyba czułość? Jest tyle sposobów, by wyrazić miłość? Rozumie pani, o co mi chodzi? Gesty, pocałunki, przelotne muśnięcie, uśmiech, przytulenie, pieszczoty...
- Właśnie w tym sęk, że nie...
- Jak to? - pytam - w ogóle? Nic, nic?
- Jeden buziak w policzek rano, jeden przy powrocie z pracy i jeden na dobranoc...
Milkniemy obie. Próbuję sobie wyobrazić dziesięć lat takiego życia. Patrzę na nią dyskretnie. Siedzi ze spuszczoną głową, zgaszona, bez chęci do życia. Przerywam ciszę:
- Nie próbowała pani z nim o tym rozmawiać? Przecież to dziwne...
- Na początku próbowałam. Później przestałam, bo się denerwował. Zresztą ja też odpuściłam. Ile razy można wychodzić z inicjatywą i dostawać "kosza"? To takie upokarzające...
- Rozumiem...
- Wie pani... miałam kosmiczne kompleksy. Czułam się odrzucona, nic nie warta, jako kobieta. Było mi trudno zrezygnować z biologicznego macierzyństwa. Wśród sąsiadów i najbliższej nawet rodziny uważano, ze problem z płodnością leży po mojej stronie. Jakoś pierwsze skojarzenie wszystkich poszło w tę stronę, że "wina" leży po stronie kobiety. Niby nikt nie mówił tego głośno, ale dochodziły mnie na ten temat słuchy. Jaki to mąż jest dobry, że ze mną jest... Bo przecież mógłby sobie znaleźć jakąś inną. Czy to takie rzadkie?
- Nie prostowała pani tego? Nie próbowała tłumaczyć? Nawet rodzinie?
- Nie. Nie chciałam, żeby to jakoś wpłynęło na relacje między moją rodziną a mężem. Wśród znajomych też nic nie mówiłam. Wydawało mi się, że to nie byłoby lojalne. Mam kilkoro przyjaciół, którzy wiedzą, jak jest naprawdę. Kiedy było mi naprawdę ciężko, miałam się komu "wygadać"...
- Ciężkie takie życie... - zamyślam się.
- A wie pani, jak się pojawiło dziecko, to na nim się skoncentrowałam i jakoś leciało...
- No tak.. A co się stało teraz? Bo chyba coś musiało się stać?
- Widzi pani... w lipcu okazało się, że mąż ma romans. Internetowy co prawda. Ale czy to mniej boli? Znalazł jakąś miłość z podstawówki na Naszej-Klasie i klikali sobie coraz namiętniej.. Banał, nie?
- Próbowała pani rozmawiać? Stawiać jakieś warunki? Co on na to?
- A szkoda słów.. Odchodził, wracał, zmieniał decyzję dziesięć razy. Przespał się z nią i myślałam, że wróci, że ona go nie zechce.. bo ta impotencja..
- No i ?
- No i okazało się, że impotencja to i owszem. Jest. Ale tylko wobec mnie.
- To znaczy, że jak był z nią, to wszystko "zadziałało"?
- Owszem. Przynajmiej tak mi oznajmił.
- I tyle lat tego nie wiedział? Był pani wierny?
- Nie wiem... tak mówi. Ale przez ten czas tyle razy skłamał, że już nic nie wiem...
- Nie bardzo rozumiem... Skąd takie zahamowanie wobec pani?
- Powiedział, że ożenił się ze mną "w zastępstwie" - tamta dała mu kosza, a ja byłam "namiastką". Podobno nie uświadamiał sobie tego wtedy, dopiero jak zaczął chodzić do psychologa, to ten mu to uświadomił. Ale bał się mi to powiedzieć. A im więcej mijało czasu, tym było trudniej. A jak adoptowaliśmy synka, to już w ogóle..
- No tak. I co? Zerwał z nią? Określił się jakoś?
- Widzi pani, on często zmieniał decyzję i dla mnie ta huśtawka była straszna. W końcu powiedzial, że chce być sam. W październiku wynajął mieszkanie i się wyprowadził. Ona w międzyczasie zaczęła się zachowywać dziwnie. Jak ktoś, kto ma poważne problemy z psychiką.. Nie mówię tego, jako zazdrosna żona. Naprawdę dziwnie. Więc on siedział tam, w tym mieszkaniu, a do nas przyjeżdżał w weekendy. Do końca grudnia miał się określić, czy wraca, czy nie. Przeciągnął ten termin, ale w końcu wrócił.
- A pani cierpliwie czekała cały ten czas?
- Nie chciałam robić niczego pospiesznie. W nerwach. Ale to bardzo ciężki czas był...
- Domyślam się... I jak się wam układa po jego powrocie?
- Wie pani.. wrócił jakby nigdy nic. Ale powiedziałam, że ja już nie chcę tak żyć. I albo coś się zmieni w naszych relacjach, albo trzeba to skończyć..
- Ale przecież on nagle nie zacznie w pani widzieć atrakcyjnej dla niego kobiety.. skoro przez tyle lat się to nie udawało...
- Wiem, teraz już wiem. Sęk w tym, że mogłam z nim być i trwać, kiedy miałam świadomość, że jest chory, że ta impotencja... Ale teraz, kiedy okazało się, że to bzdura... Wszystko wygląda inaczej. A on dalej nie potrafi mnie nawet przytulić, kiedy płaczę.
- Zdecydowaliście coś? Czy próbujecie to zamieść pod dywan i udawać, że wszystko jest ok?
- Najpierw chciałam spróbować.. Wydawało mi się, że może są jakieś szanse.. Ale on nie robił nic. Tak, jakby jego powrót do domu wyczerpał wszystkie jego siły i załatwiał wszystko... Niedawno powiedziałam, że w takim razie uważam, że lepiej będzie się rozstać...
- I co on na to?
- Powiedział... - milknie.
- Co powiedział? - dopytuję
- Powiedział, że się ... dostosuje.
- A o co chciała mnie pani zapytać na początku? - pytam. Wyciąga pomiętą kartkę papieru.
- Zerknie pani na to? Czy to się trzyma kupy?
- Co to?
- Pozew rozwodowy.






poniedziałek, 25 stycznia 2010

na granicy światów


Jeden z moich bliskich znajomych, po długiej i ciężkiej chorobie trafił do hospicjum. Nie mogę spędzać z nim tyle czasu, ile bym chciała, ale staram się zaglądać, tym bardziej, że mamy świadomość, że każda wizyta może być ostatnią.


Hospicjum [od łac. "hospes" - gość; "hospitium" - dom, w którym można znaleźć schronienie], które odwiedzam ma 26 łóżek. To wydaje się nie tak wiele. Ale już fakt, że przewija się przez te 26 łóżek około 430 do 480 osób rocznie robi jakieś wrażenie. Szczególnie, jeśli się pomyśli, że wszyscy idą w jednym kierunku...

Wszyscy chorzy to ofiary nowotworów. Opiekuje się nimi 56 osób. W tym 25 wolontariuszy. Pierwsza myśl - jak dużo osób opiekuje się garstką. Ale to proporcjonalne do potrzeb kompleksowej opieki. Objawy choroby, ból fizyczny i psychiczny, lęk, duszności, rany, krwotoki, odleżyny, brak możliwości samodzielnego zaspokajania potrzeb biologicznych. Codzienne ocieranie się o śmierć.

Pierwszy raz próg hospicjum przekraczałam z obawą. Podświadomie spodziewałam się chyba czegoś na kształt przedsionka piekieł. Przy takim skondensowaniu cierpienia i to cierpienia bez nadziei na ozdrowienie wyobrażałam sobie najgorsze.

Rzeczywiście, nie jest tak, że zawsze udaje się dotrzeć do człowieka. Okazuje się, że ból fizyczny to bardzo wąski margines - medycyna potrafi sobie z nim poradzić w ponad 90%. Znacznie trudniejsze jest "oswajanie" innych wymiarów bólu: duchowego i emocjonalnego. Boli, że trzeba zostawić najbliższych, że plany i przedsięwzięcia nie zrealizowane, że tyle lat pracuje się na emeryturę, a tu w pierwszym jej roku trzeba odejść... Każdy ma swoją historię... Różne relacje rodzinne, odniesień do Boga, drugiego człowieka, siebie samego wreszcie...

Sąsiad z łóżka obok mówi, że nie trzeba legalizować eutanazji, by ona miała się dobrze. Tyle, że w białych rękawiczkach: istnieją jednostki chorobowe, w których terapii się nie prowadzi po przekroczeniu 55 roku życia. W niektórych nawet 50 roku. No bo jaki jest sens, kiedy człowiek jest nieproduktywny, nieprzydatny społeczeństwu, a na jedną serię terapii trzeba wydać 80 tysięcy? Nie ma sensu, prawda? To nieekonomiczne. Nie opłaca się.

W sumie, jak się zastanowić, to nawet do eutanazji nijak się to nie ma. W końcu nie jest to ani skrócenie życia w celu wyeliminowania cierpienia, ani bezbolesne skrócenie życia. To po prostu pozostawienie człowieka samemu sobie, na pewną śmierć. A agonia może być długa i koszmarnie bolesna.

Miał znajomych w dobrych szpitalach, układy, przyjaciół, którzy umieszczali go w najlepszych klinikach. Wszędzie czuł się, jak intruz, który zajmuje łóżko. Czuł to w podejściu lekarzy, w spojrzeniach pielęgniarek. Hospicjum bał się panicznie. Ale w końcu przyszedł tu i czuje się, jak w domu. Każdy ma dla niego czas. Jest ważny. Przychodzą wolontariusze, o każdej porze może przyjść rodzina. I nie są intruzami. Śmierci się nie boi. Jest na nią przygotowany. Martwi się o żonę - tyle lat razem przeżyli.. Martwi się o dzieci. Ma poczucie winy, bo ich zostawia, a był żywicielem rodziny...

Inny pacjent zazdrości mu. Doskwiera mu samotność. Mówi, że widocznie całe jego życie było bez sensu, skoro w chwili śmierci nikogo przy nim nie ma. Nikomu nie jest potrzebny.

Na korytarzu ruch. Okazuje się, że ktoś umiera. Są przy nim bliscy. Od kilku tygodni żył chyba tylko siłą woli, niejako "na kredyt" - chciał dożyć swoich urodzin. Były wczoraj. Rodzina przyniosła tort, zjadł ciut, podzielił się ze wszystkimi. Podziękował wszystkim za opiekę i serce. Dziś umiera. Wola życia lub jej brak są ogromną siłą.

Bardzo wyraźnie widać, jak potrzebna jest obecność. Pierwsze, czego uczy się wolontariusz, to aktywne słuchanie. Chorzy mówią często niewyraźnie, nieskładnie, powoli. Ale nikt nie patrzy na zegarek i nie mówi, ile rzeczy jeszcze musi dziś koniecznie załatwić.

Pytam, z jakich środków utrzymuje się hospicjum [prowadzą je orioniści]. Ma podpisaną umowę z NFZ, jednak środki są - delikatnie mówiąc - niewystarczające. Pomagają instytucje, rodziny chorych, dyrektor jeździ po parafiach, opowiadając o hospicjum i zbierając datki.

Czas spędzony tu to dobre chwile. W czasach, kiedy śmierć pokazuje się groteskowo lub dramatycznie, a prawie w ogóle nie mówi o zwykłym umieraniu, które przecież dotyczy ogromnej większości ludzi, naszych bliskich, nas samych w końcu, to niesamowite przeżycie. Tym sposobem śmierć uczy życia.

czwartek, 21 stycznia 2010

z zupełnie innej parafii


czyli o wpływie władzy na ludzi


Zmotywowała mnie do popełnienia tego wpisu dyskusja w Kawiarni Smoothoperatora nt. Państwa antyobywatelskiego. Miał to być komentarz.. ale przesadziłam z długością;)

W katolickich zakonach i stowarzyszeniach życia duchownego funkcjonuje pojęcie "łaski stanu". Brzmi może nieco staroświecko, niemniej zawiera w sobie piękną prawdę, że każdy człowiek może liczyć na to, że Duch Święty prowadzi go i udziela mu światła i wszelkiej mądrości potrzebnej do wykonywania jego obowiązków. Twierdzenie to jest przywoływane często, kiedy kandydat/ka na jakiś urząd ma opory przed przyjęciem go.

Doświadczenie zresztą pokazało, że najlepszymi matkami generalnymi, przełożonymi, itp. były te osoby, które w ogóle nie spodziewały się wyboru, nie dążyły do niego w żaden sposób, upatrując w stanowisku nie władzę, karierę i zaszczyt, lecz ciężką służbę, konieczność wyrzeczeń, lawirowania między oczekiwaniami a możliwościami.

Tymczasem patrząc na naszych rządzących [w szerokim znaczeniu] mam wrażenie nieco inne - mianowicie takie, że do "stołka" przywiązana jest głupota i pazerność. I jeszcze parę innych mało sympatycznych cech. Wszystko jedno, kto na tym stołku siada; jakiej orientacji politycznej i po jakich przodkach. Coś mu się prędzej czy później "przestawia" i cała różnica polega na tym, że jeden jest sprytniejszy, a drugi mniej ostrożny. Jakby każdy [przepraszam za zbytnie generalizowanie - większość powiedzmy] upatrywał swój ideał w Zenonie Ziębiewiczu z "Granicy" pani Nałkowskiej... No i oczywiście różne są gabaryty przekrętów - na miarę możliwości danego stanowiska.

Więc co? Nie ma ludzi uczciwych? Czy też polityka ma to do siebie, że przyciąga określony gatunek ludzi? Sądząc po sposobie prowadzenia kampanii wyborczych można chyba wysnuć wniosek, że kandydat obrzucający drugiego błotem i nie cofający się przed niczym, jeśli w ogóle się zmieni po osiągnięciu upragnionego stanowiska, to będzie to zmiana na gorsze?

A może jeszcze inaczej; może po prostu okazja czyni złodzieja? Koniec końców nie sztuka być uczciwym, jak nie ma co albo jak ukraść... Wielkie możliwości, wielkie pieniądze, wielkie interesy są olbrzymią pokusą, której człowiek dobry ale słaby nie będzie umiał się oprzeć, a co dopiero taki, który z nadzieją na nie stara się do władzy dostać...