niedziela, 5 września 2010

pozory, cz II




- Co Tobą kieruje w życiu? Co chcesz w nim osiągnąć?
Sztywnieję. Jak ja nie cierpię tego pytania. Slyszę je z jego ust po raz enty. Wraca jak bumerang. A ja zawsze się czuję wtedy taka mała. I płytka. Poza tym to pytanie zawsze jest zapowiedzią zmian w naszych relacjach. Kłopotów. Zgrzytów. Chce mi się wyć. Przez ostatnie dni zebrałam porządne lanie. Mam wrażenie, że kończy mi się wytrzymałość. Po co to dobijanie? Wystarczy powiedzieć: "mam Cię dość, nie chcę utrzymywać z Tobą kontaktu". Wolałabym krótkie "nie". Ale oczywiście wszystko musi być rozłożone na czynniki pierwsze. Rozdrapane do krwi. Nie ma lekko...
- Skąd znów to pytanie? - staram się nie wybuchnąć.
- Bo ja już wiem.
- No to super. Podziel się ze mną - ironizuję. Ale ta ironia ma przysłonić rosnącą panikę. Właściwie czego się boję?
- Ambicja, moja miła...
- Ciekawe.... - próbuję się roześmiać, ale wiem już, że sporo w tym racji.
- Owszem. To znaczy jak dla mnie, to średnio ciekawe. Ale myślę, że tak właśnie jest... A nie mam racji? - dorzuca po chwili przedłużającego się milczenia.
- Skąd w ogóle takie wnioski? - gram na czas, próbując obmyślić linię obrony.
- Same przyszły. Wystarczyło dać im trochę czasu.
- No cóż... nigdy nie uwazałam się za zbyt ambitną. Wręcz przeciwnie..
- Nie ma to jak klarowny obraz własnej osoby - śmieje się i wydaje mi się, że słyszę złośliwość. Szczerze mówiąc, mam już dość tej rozmowy. Dawno się nie widzieliśmy, czekałam na spotkanie. Ale liczyłam, że to będzie miła rozmowa.
- W porównaniu z innymi na pewno nie jestem zbyt ambitna. Znam wielu ludzi o niebo ode mnie ambitniejszych. No ale na pewno masz własne zdanie.
- Ale się najezyłaś... Spokojnie, Skowronku, spokojnie...
- Ojej.. bo jestem już zmęczona teoriami na mój temat.
- Ale to nic złego... po prostu moim zdaniem to, co Cię prze do przodu to ambicja. Chęć udowodnienia sobie i światu, że sobie dajesz radę i może być lepiej, niż Ci dawali szansę.
- Jak już, to raczej chęć niezależności. Ale i to nie jakoś nie wiadomo jak...
- No cóż. Masz naturalny talent do "więcej" i "lepiej"... - po chwili milczenia kontynuuje - żal mi Ciebie cokolwiek..
Wiedziałam. Z powrotem opancerzam się od stóp do głów. Wiedziałam. Rośnie we mnie złość.
- Nie musi Ci być mnie żal. Nie ma powodu. Nie narzekam. Niby czemu jest Ci mnie żal?
- Myślę, że ciężko jest być człowiekiem nastawionym na obronę. I na udowadnianie, że sobie da radę.
Pewnie, że ciężko, myślę. Ale nie chcę jego użalania się. Nie lubię użalać się sama nad sobą.
- Myślę, że przesadasz - próbuję się bronić - po prostu sobie daję radę i tyle. To żadne udowadnianie. A bywa, że nie daję sobie z czymś rady. I też nie rwę włosów z głowy z tego powodu.
- Ty o rybach, ja o wielorybach... Ty o znakach, ja o rumakach -uśmiecha się.
- No to przełóżmy tę rozmowę, zmęczona jestem - skwapliwie korzystam z okazji ucieczki.
- Nie. Słuchaj Słonko.. nie o to mi chodzi, jak Ci to wychodzi... tylko z czego to wynika. Jesteś dzielną dziewczyną, co wszyscy powinni zauważyć...
- Nie - przerywam - guzik mnie obchodzi, co inni myślą. Robię, co powinnam i tyle.
- Oj... ojoj... Nie ma Ciebie jak ugryźć - wzdycha - upijasz się czasami?
- Myślisz, że wtedy łatwiej? - nie mogę się nie uśmiechnąć..
- Na pewno. Jak nie jesteś totalnie, amokowo odpłynięta, to cały czas jesteś gotowa do odparcia potencjalnego ataku. I nawet ciężko z Tobą normalnie porozmawiać, bo nigdy nie wiadomo, co Twój radar wykaże jako zagrożenie. Rozumiem, że Twoje życie jest ogólnie niełatwe i masz mało momentów na wyluzowanie się, w związku z czym zamiast rozmowy z przyjacielem mamy kolejny problem..
- Wcale nie - oponuję słabo - Na ogół wcale nie przyjmuję Twoich wniosków, jako ataku. Ale jeśli mówię Ci, że jestem zmęczona, że miałam ciężki dzień, a Ty się upierasz, zeby kontynuować, to takie są efekty... Poza tym Ty sobie zrobiłeś "urlop" ode mnie i miałeś czas na przemyślenia, a dla mnie to - jak zwykle - zaskoczenie...
- Przykro mi, że miałaś ciężki dzień...
Milkniemy oboje. Jest grubo po północy. Bardzo jestem zmęczona, ale sen już się ulotnił. Zresztą nie chcę rozstawać się w takiej atmosferze.
- Wiesz, czemu nie możemy się porozumieć? - pyta cicho. - Dlatego, że ja nigdy nie musiałem ciężko pracować na chleb. Miałem trudności, ale zupełnie innego rodzaju. Takie, które dla Ciebie w ogóle nie byłyby problemem, bo się po prostu mieszczą w normie. W efekcie dla mnie świat nie jest miejscem, gdzie trzeba walczyć o wszystko i ma się kolejne, ciężkie, wkurzające dni...
Mięknę. Czuję, jak schodzi ze mnie powietrze. Ton jego głosu sprawia, że wraca poczucie bliskości. Zawsze, kiedy czuję ten przeraźliwy smutek, wszystkie obronne mechanizmy momentalnie przestają działać.
- Wiem.. Często czuję się "gorsza" przez to, że ja właśnie musiałam. Że nie mam czasu, ani sił, ani odwagi, żeby zaglądać wgłąb siebie. Czasem za tym tęsknię i czuję się płytka, powierzchowna i byle jaka. Ale nie wystarcza mi czasu, ani energii.
- Tyle, że tak walcząc, tracisz coś po drodze... M.in. to, że walczysz z sobą. Wiesz, że każdy człowiek sam układa swoje życie... i potem ponosi konsekwencje swoich działań. Więc to, co masz, zaprojektowane jest wyłącznie przez Ciebie. Gdybyś zaprojektowała sobie wygodne, miłe życie, to by ono takie było. Jeśli Ty się nie zmienisz, to ono zawsze będzie najeżone problemami. I trzeba będzie o wszystko walczyć. Mogłem to spokojnie obserwować na sobie. Człowiek odruchowo wybiera w życiu to, co mu podsuwa nieuświadomiony kawałek psychiki. A później mu się wydaje, że ma cięzko bo "coś tam".. A to "coś tam" to my. .. Nic nie przychodzi z zewnątrz...
- No tak.. znam tę teorię i wiem, że wy, buddyści, jesteście jej gorącymi zwolennikami. Ale - jak sam mówisz - ponosi się konsekwencje. Ja już sobie ułożyłam tak, a nie inaczej - więc to właśnie są konsekwencje. Poza tym ja rzadko myślę, ze mi ciężko. To dla mnie naturalne. Zresztą.. jakie ja mam możliwości ułożenia sobie "wygodnego" życia? I co to znaczy?
- Oczywiście, ze masz możliwość. To kwestia chęci. Uwierz w to trochę.... - ogarnia mnie ramieniem - aktualnie mamy tak: ja mogę Ci zaoferować odrobinę wypoczynku i pozawracać głowę, jak jesteś zmęczona. Ty z powodów w.w. nie masz czasu na szersze spojrzenie na własne życie, bo właśnie bardzo jesteś nim pochłonięta.
- Poza tym boję się, że jak spojrzę, to czasem może okazać się, że to coś w stylu puszki Pandory - żartuję, ale to nie jest do końca żart - a wtedy zginę marnie. Albo przestanę dawać sobie radę.
- To, co teraz mówisz, to są podstępne sztuczki ego - on nie daje się zwieść żartobliwemu tonowi -
które usiłuje Cię przekonać, że jeśli pozwolisz sobie na więcej luzu i radości, to polegniesz.... Rozumiesz teraz, czemu nam znajomość zgrzyta? Ty, Słonko, jesteś w galopie, bo masz 1000 poważnych spraw do załatwienia, których nie możesz zostawić ani na moment, bo musisz cały czas walczyć... A ja nie mam zamiaru walczyć. Wspólnie spotykamy się wyłącznie na rozrywkach...
- Ale ja nie chcę, żebyś walczył... ale też nie mogę zostawić tego wszystkiego...
- To nie była propozycja. To tylko podsumowanie bieżącej sytuacji. A z tą ambicją to ja wcale nie zartowałem. Masz gdzieś zakodowany potęzny imperatyw na osiągnięcie sukcesu. W dodatku podświadomy.
- No nie wiem.. Chociaż to jeszcze zależy ,co rozumiemy przez "sukces"...
- No OK. A wracając do naszych relacji, to ja dla Ciebie jestem kwiatkiem do kożuszka...
- Nie rozumiem chyba... Myślisz, że patrzę na Ciebie pod kątem uzyteczności? - robi mi się znów przykro.
- Akurat to było tylko krytyczną oceną tego, co ja mogę dla Ciebie zrobić.
- Z powodu ograniczonego zasobu sił i kondycji?
- Owszem, dokładnie. I z powodu tego, że zanim się dostosujesz do poziomu, kiedy można z Tobą rozmawiać bez rozbijania nosa o zapory, to mija sporo czasu. Mniej więcej po godzinie przypominasz sobie, że ze mną to akurat walczyć nie musisz... I to nie jest spowodowane Twoim zmęczeniem, tylko tyle dokładnie się Ciebie rozluźnia. Wiem coś o tym;) Dlatego pisałem o upiciu;) Z powodu trudności, które miałaś w życiu, masz dużą siłę przebicia oraz silny imperatyw, by załatwić to, na czym Ci zależy. Trudno odmówić Ci skuteczności. W końcu udało Ci się spędzić ze mną trochę czasu - żartuje.
-Cóż... tego akurat nie zaliczam do kategorii sukcesów - odpowiadam smętnie.
- No wiem... Pełen sukces to byłoby zaciągnięcie mnie do kościoła przed ołtarz ... Ale i tak sporo Ci się udało - chichocze.
- Nie. Nie, nie.
- Jak to nie? To nie byłby sukces? Buu - udaje zmartwionego.
- Normalnie nie - żarty mi nie w głowie - Byłeś tak przekonujący, ze się na męża nie naddajesz, że po drodze zarzuciłam pomysł "ołtarzowy". Natomiast ilość czasu, jaką spędziliśmy była zdecydowanie zbyt krótka. Nawet jak na ćwierć sukcesu;)
- No tak, ale zawsze coś. I wbrew moim pomysłom. Czyli sukces jednak.
- No właśnie tu się różnimy. To, że wbrew Tobie sprawia, że dla mnie to w ogóle nie sukces... Myślisz, że sukces jest wtedy, kiedy postawię na swoim wbrew Tobie?
- Hmm... to pełen sukces byłby, jakbyś mi jeszcze przestawiła myślenie?
- Nie. Gdyby w ogóle nie było takiej potrzeby. Gdybyś mógł powiedzieć, że było ok, a nie wbrew Tobie; że nie czułeś się namawiany, itd.
- Czyli jakbyś mnie przestawiła tak, że w ogóle bym tego nie zauważył?
Zaczynam mieć dość. Pytam ze smutkiem:
- Czemu Ty mnie tak traktujesz? Czemu zakładasz, że uknułam jakiś plan, że chcę Cię "przestawić", że dążę do swego wbrew Tobie, że jestem wyrachowana..
- A nie jesteś taka? Sama mówiłaś, że takie miałaś plany i jak mnie poznałaś, to zrezygnowałaś..
- No tak. Naklejka ma długą trwałość.
- Poczekaj. Chciałem dodać, że mnie wcale nie przeszkadza, czy jesteś typem kombinującym, czy nie. Po prostu takie robisz na mnie wrażenie. Zresztą nie od dziś. Przecież nie przestałem się odzywać, nie uciekłem, prawda?
- No cóż.. bardzo to wielkodusznie z Twojej strony - znów zaczynam być rozżalona - niemniej niezłe masz o mnie zdanie. Ale skoro sobie zapracowałam. OK.
- Ojj. Sama tak mówiłaś, że wyszłaś za mąż, żeby sobie zaklepać poczucie bezpieczeństwa. Nic nie poradzę, że takie robisz na mnie wrażenie. Po prostu masz taki naturalny styl funkcjonowania moim zdaniem. I nie ma się co burzyć. Chciałabyś wszystko tak zorganizować, żeby nam obojgu było dobrze, nic nie robiąc na siłę, ale jednocześnie wykonując cały zestaw działań przekonywująco-ukierunkowujących. Z całkiem dobrymi intencjami. Nie mam racji? Wiesz, ja też tak postępowałem. W sumie to teraz wiem, jak się czuły osoby, które miały średnią chęć się ze mną spotykać, ale ustępowały pod naporem miłych wrażeń. Wręcz czułem się, jak własny królik doświadczalny. Cała ta sytuacja mnie nieco śmieszy. Zostałem tak omotany, jak sam motałem. Po prostu zalany ilością miłych wrażeń ze strony kobiety miłej, zawsze ciepłej, słodkiej, czułej, troskliwej, przytulającej i w ogóle do rany przyłóż... Po prostu nie mogłem z Tobą nie być...
- Ale powiedz mi, co w tym złego? Jeśli bym uważała, że to złe dla Ciebie, albo gdybyś Ty jednoznacznie stwierdzał, że nie masz ochoty się spotykać, a ja mimo to... to OK. Ale jeśli się ma nadzieję, że coś może z tego być; jeśli druga strona pozostawia miejsce na taką nadzieję.. to czy nie jest naturalne, ze się próbuje tak postępować, zeby to jakoś zagrało?
- Ja nie mówię, że to coś złego. Ale jestem zły. Mimo, że Cię lubię. Wiesz, czemu? Bo Ty wcale nie jesteś taka do rany przyłóż. Ja zresztą też nie.
- Ale jak używasz słowa "omotany", to jest tak, jakby to bylo celowe. A mnie się po prostu tak przy Tobie dzieje. To nie jest do licha gra, obliczona na omotanie.
- To nie jest gra. Ale to jest celowe. Tyle, że odruchowe, a nie świadome. Naturalny omotywujący sposób zjednywania sobie ludzi. A wiesz czemu?
- ?
- Jak ktoś nie wierzy, że jest fajny.. i że mu się "należą" czyjeś uczucia, bo jest fajny, to zjednuje ludzi stając się "do rany przyłóż" i wystosowując 1000 propozycji pomocy. Sam tak miałem. I stosowałem to przez lata. Niemniej to nie jest do końca fair, chociaż człowiek nie zdaje sobie z tego do końca sprawy. Ponieważ się robi coś dla kogoś mając nadzieję, że też będzie miły...
- Poczekaj... A jak ktoś z natury nie jest "do rany przyłóż", to już nie może mieć tak po prostu ciepłych uczuć do kogoś? Jednego, konkretnego?
- To jest dobre pytanie. Ale to nie da się tak oddzielić... Tzn zapytałaś o dwa zjawiska naraz. Jeśli się jest typem bardzo skoncentrowanym na sobie, to się kogoś drugiego raczej cienko "bardzo lubi". A jak się jest typem szorstkim, to zachowanie czułe i serdeczne będzie nieco sztuczne. Psychika człowieka to taka całość. I nie da się skutecznie wydzielić kawałka dla jednej osoby... Jak się nie jest typem "do rany przyłóż", to nawet do tej wybranej osoby będzie się mało ciepłym. Zachowania i uczucia to taki ocean... i ciężko wydzielić z niego basenik. Rozumiesz mnie?
- No tak.. ale czy człowiek jest typem jednego "gatunku"? W czystej postaci?
- W tym wypadku tak jest na ogół. Ma się pewien zestaw cech, które wpływają na wszystko. Można nad nimi popracować i np. obniżyć poziom gniewu. Wtedy będziesz się mniej złościć. I mniej się odruchowo bronić. Ale szorstka i nieco na dystans i tak pozostaniesz.... Pamiętaj, że ja Cię nie chcę ranić. Chcę tylko, żebyśmy oboje wiedzieli, jacy jesteśmy. Chcę się z Tobą spotykać, ale nasze emocje muszą się ustabilizować. Po to jest ten "urlop". Żeby złapać nieco dystansu. Będę się z Tobą czuł normalnie, jak Ty będziesz sobą, a nie Słodkim-Skowronkiem-Co-Robi-Na-Mnie-Wrażenie-Zupełnie-Niechcący;) ... Bo zachowując się tak, to sama się denerwujesz.

Zapada cisza. Po chwili on dorzuca:
- Nie martw się. Zmykaj do łóżka i śpij słodko.


czwartek, 2 września 2010

Ubi dubium ibi libertas




Prawie pięć miesięcy nieobecności. Miesięcy pełnych zmagań ze sobą, z poczuciem skrzywdzenia, zdrady, smutku, strachu, gniewu wreszcie.

Zewnętrznie nie posunęłam się ani o krok w żadną stronę. Tkwię dokładnie w tym miejscu, co pół roku i rok temu. Wewnątrz cały ogrom zmian. Jeszcze nie wiem, dokąd zaprowadzą. Wiem tylko, że nic nie będzie jak dawniej. Że czas bezpiecznej wiary, wyssanej z mlekiem matki, minął. Chyba bezpowrotnie.
Nie wiem jeszcze, czy mi z tym dobrze, czy źle. Zresztą to nie ma znaczenia.
Czuję się, jak ktoś, kto stoi na brzegu oceanu i podziwia piękno zachodu słońca. Do tej pory widział wycinek. Teraz klapki ograniczające szerokość widzenia opadły i dostrzec mogę cały szeroki horyzont.
Czuję się nieco jak ktoś, kogo postawiono na pustyni i pozwolono iść dokąd chce. Wolna i swobodna. Ale... sęk w tym, że nie ma tu żadnej utartej ścieżki; żadnego drogowskazu. Nic.
Zaczynam się zastanawiać, czy aby ja się do tego naddaję. Czy może stworzona jestem do poruszania się bezpiecznymi, przetartymi szlakami. Nie zawsze mi odpowiadającymi, ale wydeptanymi, z ciepłymi jeszcze śladami stóp. Z dogmatami, które zwalniają z samodzielnego myślenia.
Kiedyś de Mello powiedział, że ludzie nie chcą prawdy, lecz upewniania się. Tak właśnie jest.
Ciepłe gniazdo po raz kolejny zostało za mną. Kolejne ciepłe gniazdo.

sobota, 10 kwietnia 2010

pochylam głowę


Ponad sporami, dyskusjami, osobistymi animozjami.. zamilknąć wypada. Wobec tej tragedii bez precedensu chylę głowę. Strata dotyczy nas wszystkich.

Hołd ofiarom katastrofy.

Jeszcze niedowierzam. Szok i ból.



Panie Prezydencie i Wy, Jego Towarzysze - spoczywajcie w pokoju.
Rodzinom Ofiar składam głębokie kondolencje.

piątek, 2 kwietnia 2010

codziennego z-martwych-powstawania


jak ten tulipan na czarnym tle jawi się jako nadzieja w ciemności lęku, bezradności, opresji i problemów, tak niech te Święta Wielkiej Nocy dadzą Wam, Kochani, w Waszych konkretnych życiowych sytuacjach NOWĄ NADZIEJĘ. Niech zapalą się światła nadziei wszędzie tam, gdzie jej brakuje. I Wy takimi światłami bądźcie, jak jesteście do tej pory.

Dobrych, ciepłych chwil spędzonych wśród bliskich Waszym sercom życzę w te święta i na wszystkie przyszłe dni:)

poniedziałek, 22 marca 2010

"Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3,15b-16).


Zdarzyła mi się wczoraj ciekawa dyskusja z moim kolegą buddystą nt. islamu. Sprowokowana przez informacje o planowanej budowie meczetu na warszawskiej Ochocie i ewentualnych wskazaniach do oprotestowania [lub nie].

Na tyle była ciekawa, że pewnie do niej wrócimy, a może i tu pokuszę się o jakieś podsumowanie. Wywołała sporo emocji, bo mimo iż zdania co do islamu mamy podobne, jeśli nie identyczne, to problem zrobienia czegoś, włączenia się do protestu, bądź siedzenia z założonymi rękami zaprowadził nas do rozważań na temat modnej neutralności.


Jesteśmy społeczeństwem, które ceni sobie osiągnięcia, wiedzę, dobra materialne i poczucie bezpieczeństwa. Każdy chce się wykazać, zabłysnąć wiedzą, zdolnościami, możliwościami, szerokim spojrzeniem i znawstwem w możliwie wielu dziedzinach. Pole do wykazywania się i udowadniania innym własnej orientacji jest ogromne. Najlepiej, by ta wiedza była wyjątkowa, szczególna, a koniecznie obiektywna i bezstronna.

Z pozoru to bardzo pozytywne zjawisko dla życia społecznego. Jeśli jednak się nieco przyjrzeć, to nie jest już tak różowo. Wypowiedzi nie zawsze wynikają z osobistej, głębszej refleksji, lecz są powielane wielokrotnie za pomocą tych samych sformułowań i wyświechtanych związków frazeologicznych.

Dzięki temu z jednej strony mamy może mniej konfliktów [bo mniej jednostek niezgodnych z ogółem], z drugiej jednak strony grupa traci możliwość wieloaspektowego spojrzenia.

Co gorsze, wielu z wypowiadających się traktuje problemy, o których mówi, jakby dotyczyły kogoś na Marsie. Czyli: widzę problem, mówię o nim, krytykuję, ale nie zagłębiam się i nie angażuję. Ani w głębsze przemyślenia, ani - tym bardziej - w działanie.

Dlaczego? Bo nie mam możliwości, umiejętności, predyspozycji. Argumentem bywa też nieznajomość dziedziny oraz neutralność poglądów.

Brak możliwości, umiejętności i predyspozycji jest do przyjęcia - każdy człowiek ma jakieś ograniczenia. Natomiast neutralność... budzi we mnie odruch wymiotny. No może za ostro. W każdym razie nie bardzo rozumiem zasadność odróżniania neutralności od zwykłej obojętności. No może "neutralność" lepiej brzmi.

Stąd słyszę: neutralność wobec życia politycznego, neutralność w stosunku do życia społecznego i jego problemów, neutralność w stosunku do pewnych zachowań, do prawa, norm moralnych, itp. itd. Słyszę: "nie wychodź przed szereg", "milczenie jest złotem", "zły to ptak, co własne gniazdo kala".. . I stosując się do tych "złotych myśli" nabieram poczucia, że nie wtykam nosa w nie swoje sprawy, nie narażam się, nie urażam innych, itd.

Tak naprawdę jednak jest to wygodne siedzenie we własnym, przytulnym gniazdku , za pieczołowicie wzniesionymi murami i fosą, które mają chronić przed co bardziej wstrząsającymi i trudnymi zdarzeniami. Bo po co ingerować, kiedy tak niewiele od nas zależy? Poza tym sprzeciw i walka to domena młodych idealistów, naiwnych i porywczych. Tymczasem należy dojrzeć, stać się realistą, wypracować kompromisy, zająć się własnymi sprawami...

Tymczasem dobrze byłoby zdać sobie sprawę z konsekwencji własnego nie-działania i milczenia.

Przecież każde nie podjęte działanie, przemilczenie, każda nieprzemyślana kwestia jest tak naprawdę POPARCIEM.

Rozprawiamy sobie o przemocy, łamaniu praw człowieka, dyskryminacji, wypaczającym szkolnictwie.. ale za nasze "nie wtrącanie się w cudze sprawy" cierpią konkretni ludzie.

Neutralność to klapki na oczach. Krótkowzroczność. Założenie [lub bezmyślna nadzieja] że nas to nie spotka, że nas taki problem nie dotyczy i dotyczył nie będzie.

Uważam, że bycie neutralnym to bycie współodpowiedzialnym i współwinnym. Milczenie jest zgodą i tyle. Każdy unik odpowiedzialności to powielanie, podtrzymywanie -> tworzenie istniejących opresji [które w potocznych rozmowach zresztą krytykujemy]..

O tak, hipokryzję też krytykujemy, a jakże...

W ludziach mijanych na chodniku nie dostrzegamy ludzi. Próby działania interpretujemy jako naiwność. Zakładamy, że się "nie uda". Potencjalną "porażkę" traktujemy jako powód do wstydu. Mamy wykrzywione skojarzenia i zupełnie poodwracane definicje: zaangażowania, ryzyka, inicjatywy, próby, pracy w celu jakimkolwiek innym, niż własny interes.

Przesadzam? Wystarczy porozmawiać z kimś, kto bezskutecznie wołał o pomoc na środku ruchliwego chodnika.

Ponosimy odpowiedzialność nie tylko za to, co mówimy, ale i za to, co przemilczamy. Brak reakcji czyni nas współwinnymi. A od tego współudziału nie da się umyć rąk.

niedziela, 7 marca 2010

Dzień Kobiet

Kochane Dziewczyny:)

kliknijcie na podany adres:
http://www.procreo.jp/labo/flower_garden.swf

Zobaczycie czarną albo białą stronę. Kliknijcie jeszcze raz, obojętnie gdzie .. Albo jeszcze lepiej: kliknijcie i przytrzymując palcem, przesuwajcie myszką po całej stronie:)

z najlepszymi życzeniami - skowronek;)

czwartek, 4 marca 2010

piotrusiowatość


Nie jestem jakimś specjalnie towarzyskim stworzeniem, niemniej jednak w lesie nie żyję. Nie sądzę też, żebym miała jakiś specjalny dar przyciągania ludzi fizycznie dorosłych, a nawet w - powiedzmy - średnim wieku, jednak psychicznie niedojrzałych... Zastanawiam się więc, co się stało, że świat aż tak się zmienił... Czy tylko wydaje mi się, że się zmienił? Ale chyba nie.... Chyba niedojrzałość dorosłych jest obecnie większym problemem niż kiedyś...
Kiedyś człowiek kończył szkołę i naturalnie wkraczał w przestrzeń pracy, rodziny. Może pomagały mu w tym schematy, utarte ścieżki, wyznaczone przez społeczne struktury. Oprócz tych, którzy kontestowali rzeczywistość, reszta podążała nimi posłusznie. Może ograniczały one w pewnym sensie, ale i ułatwiały odnalezienie własnego miejsca a świat wydawał się stabilny. Dzisiaj te ścieżki straciły swoją oczywistość. I znów - coś na plus: daje to możliwość życia całym bogactwem swej osobowości, pełniejszego rozwoju, samorealizacji... A z drugiej strony pojawia się poczucie, że wszystko zależy od nas samych, ze sami musimy decydować... A to jest trudne.
Ludzie zachowują się, jakby uciekali od dorosłości i chcieli pozostać dziećmi. Albo inaczej: zachowują się schizofrenicznie - chcą czerpać z dorosłości wolność wyboru i nie chcą, by ktoś ich kontrolował i ograniczał, a równocześnie chętnie zachowaliby dziecięce poczucie bezpieczeństwa... Chcieliby robić wszystko, na co mają ochotę, ale nie chcą ponosić żadnych tego konsekwencji. Dokładnie jak dziecko. Owszem, w dzieciństwie mogli nawet pasem za coś oberwać w ramach tejże konsekwencji. Ale przed prawdziwie groźnymi skutkami rodzice chronili...
Przyczyn zapewne jest wiele: rozbite rodziny, rodziny bez ojca, rodzice nie mający czasu dla swoich dzieci, trzymanie dziecka "pod kloszem".. itd. Dojrzewanie uniemożliwia także sytuacja, gdzie nie promuje się właściwej hierarchii wartości, gdzie najważniejsza jest kariera i sukces, a gdzie pomija się problem relacji i zaniedbuje naukę budowania więzi i relacji międzyludzkich. Dzisiejszy świat sprzyja rozwojowi indywidualnemu, ale tworzeniu relacji już niekoniecznie...
Nie ma sensu chyba zastanawiać się, co jest większym problemem: czy defekty rodziny, czy kult sukcesu, czy siedzenie z nosem w TV/komputerze...
Wydaje mi się, że ostatecznie największym problemem jest brak ojca. Nie tylko i niekoniecznie fizyczny jego brak.
Jeśli macierzyństwo to karmienie, chronienie, opieka, uczucia i miłość bezwarunkowa, to rola ojca polega na tym, by oderwać dziecko od matki i uczyć je samodzielności. Wychowanie ku samowychowywaniu. Zarówno mężczyznę, jak i kobietę niezależności uczy właśnie ojciec.
Tymczasem w wielu współczesnych rodzinach ojca albo nie ma, albo nie wypełnia on swej roli.
Ktoś kiedyś mi powiedział, że winna jest historia: obie wojny, które sprawiły, że wielu mężczyzn zginęło a wielu zostało od swych rodzin odłączonych. Owszem, to na pewno też. Ale czy nie jest tak, że winne jest również pewne wymieszanie ról? Czy efektem ubocznym działań feministycznych nie jest zwolnienie mężczyzn z odpowiedzialności?
Współczesność dała kobiecie niezależność, ale zarazem wysłała mężczyźnie komunikat, że nie musi się o kobietę troszczyć. A jakoś tak jest, że jak mężczyzna nie musi czuć się odpowiedzialny, to natychmiast obniża loty i wpada w egoizm [zbiorę za to po głowie?;)]...
Czytałam sobie ostatnio "Syndrom Piotrusia Pana" D. Kileya i trudno się nie zgodzić z autorem, iż syndrom ten jest jedną z chorób współczesności...
Taki Piotruś Pan wie, że kiedy dorośnie będzie musiał zacząć chodzić po ziemi, zarabiać, ożenić się... więc decyduje, że nie chce dorosnąć. W jego świecie, świecie zabawy nie ma konsekwencji ani zobowiązań... Jest całkowicie skupiony na sobie, klasyczny egocentryk, ludzi traktuje jak zabawki - chce ich mieć dla siebie. Mieć, dopóki się nie znudzi. Kiedy się znudzi - odchodzi.
Jednocześnie jednak chciałby móc zawsze [kiedy już się znudzi, zmęczy] wrócić do domu. Wrócić do mamy.
Od kobiety więc, swojej partnerki, taki mężczyzna wymaga, by mu matkowała. By zawsze była w domu, czekała na niego i akceptowała. Niezależnie od tego, co on robi...
Złudne jest myślenie, ze syndrom Piotrusia Pana dotyka jedynie mężczyzn. Kobiet również, tyle że nieco inaczej. I chyba z czego innego się bierze..
Ładnie mozna to tłumaczyć za pomocą symboliki biblijnej: mężczyzna to syn Adama - stworzonego w samotności. Zna więc samotność i radzi z nią sobie. Natomiast kobieta, córka Ewy, nigdy nie była sama. Zawsze była przy Adamie. I zawsze definiuje siebie w odniesieniu do innych. Brak tworzenia więzi u kobiety wynika chyba z lęku jedynie. Kobieta, która nie chce kochać jest kimś skrzywdzonym i głęboko poranionym.
Zawsze zastanawia mnie, że są kobiety, które decydują się na bycie "singlami". Wydaje mi się, że kobieta nie jest w stanie trwale odwrócić się od miłości, nie odwracając się od siebie samej, nie rezygnując ze swej tożsamości... Oczywiście mówię o wyborach, nie o sytuacjach kiedy samotność jest niechciana. Wydaje mi się, że dla kobiety życie bez miłości jest bardziej jeszcze bezsensowne, niz takie życie dla męzczyzny... Mylę się?

Jest w książce "Piotruś Pan" Wendy, dziewczyna Piotrusia. Matkuje mu, akceptuje jego niedojrzałość i popełnia błąd: nie stawiając żadnych wymagań, nie pomaga mu w osiągnięciu dojrzałości... I tak to bywa. Ze strachu przed samotnością kobiety pozwalają na to, by mężczyzna był skupionym na sobie egoistą. W ten sposób mamy błędne kółeczko: obie strony wspierają się wzajemnie. W tym, co niedojrzałe.